RECENZJE

Forest Swords
Compassion

2017, Ninja Tune 7.3

Drugiemu albumowi Matthew Barnesa towarzyszy typowa dla muzyków "oszczędnych w wydawnictwa" wzburzona fala recepcji. Wywiady są szczegółowe, a recenzje przekrojowe. Kolejne okrążenie zostało zaliczone. Zgodnie z przewidywaniami ekipa leśne miecze kończy ten etap z dobrym wynikiem, a mi jest na rękę, że nie muszę pamiętać tego wszystkiego co się mogło wydarzyć po drodze, gdyby Barnes nie był takim poukładanym kolesiem. Naturalnie, padają pytania o to co się działo w trakcie czteroletniej przerwy pomiędzy debiutem a sofomorem Brytyjczyka. Pytania o tę drogę, którą trzeba było przejść, żeby okrzyknięty prog-dubem materiał mógł przybrać ostateczną formę. A słuchając, co Forest Swords ma na ten temat do powiedzenia, można odczuwać niemal estetyczną przyjemność kojarząc fakty z muzyką, które w tak przyjemny sposób ze sobą współgrają. Wydaje się to niemożliwe, ale jamajskim genrem Barnes szerzej zainteresował się dopiero podczas pracy nad Engravings. Jednak jego skwierczący soundsystem usytuowany pośród szerokich a mglistych połaci Wielkiej Brytanii z łatwością mógł poprzejmować jego gatunkowe rozwiązania na własny użytek jeszcze na pierwszych EP-kach. Spójne i bardzo czytelne fragmenty tamtych nagrań kojarzące Rangers z Pocahaunted, dały początek bardzo konsekwentnie prowadzonej karierze. Gdyby Barnes opuścił swoją jaskinię i przestał kreślić zwarte rysunki na jej szorstkich ścianach, mogłoby się okazać, że ta jego fascynacja bitami usytuowałaby go w pierwszym szeregu stricte klubowych producentów. Ale jego plan na muzykę jest tak stały, jak jego życiowa droga. Barnes jest wiecznie skupiony na tym jak wyzyskać dla siebie maksimum treści z wciąż tej samej liczby składowych i pozostając w pierwotnym, nomen omen, kontekście, stopniowo przeprawiając się w stronę rozświetlonego wyjścia.

Przesunięcie akcentów z kreowanych na zatartych gitarach podkładów do plemiennych historii z Dagger Paths na sprężyste, majestatyczne kompozycje z promykiem nadziei w tle z nowego dzieła, zawiera jednak także wątki poboczne. Po drodze Anglik stworzył przecież kilka pełnoprawnych soundtracków, przy czym miały one mieć duży wpływ na skalę obecnych nagrań. "Raw Language" z przejmującymi samplami wokali, giętkim basem i podkreślającymi dramaturgię smykami, jest tu dobrym przykładem. "Highest Flood" podobnie. Promujący Compassion singiel prezentuje bogatszy aranż i szerszą paletę barw. Zrobiło się potężniej i bardziej żywiołowo. Ale baza pozostała nietknięta i to tutaj ciągle się toczy główna rozgrywka. Dyktatura rytmu zapętla sample i melodie, można by wręcz wziąć kartkę i każdą, nawet najwątlejszą ścieżeczkę dokładnie na niej rozrysować. Charczące faktury pełnią tu rolę spoiwa, nadają płynności, intro w "War It" sunie leniwie z każdym oddechem, ale elementy te nigdy nie tworzą (i nie tworzyły) fundamentów. Wspomniany upgrade aranżacji to tylko kolejna warstwa nadbudowy dubujących kawałków o wciąż niezmienionym szkielecie. Tu czai się dodatkowy poziom anihilacji: pomimo wprowadzenia do miksu ścieżek instrumentów, nie ma większego znaczenia czy i które składniki odbieramy jako "żywe". Barnes zaciera te granice filtrując część nagrań do momentu ich "cyfryzacji", z kolei odwrotnie traktuje dźwięki wygenerowane i twierdzi, że w procesie zdążył już zapomnieć, skąd dana ścieżka pochodzi. Niby nic specjalnego, ale poprzez takie zagrywki czuć zdecydowanie więcej "konceptu", który ten album napędza. Za nim stoi ten sam, zanurzony po uszy w brytyjskich najntisach gość, którego świat poznał osiem lat temu, kiedy odprawiał swoje morowe bachanalia. Jak określić Compassion jednym zdaniem? Pierwsze wyjście z mroku Matthew Barnesa to wciąż ta sama impreza, tylko ogień sięga zdecydowanie wyżej.

Krzysztof Pytel    
3 lipca 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie