RECENZJE

Foreign Exchange
Connected

2004, Barely Breaking Even 8.0

To jest taki sobie, średni muzycznie rok. Niektórzy mówią, że słaby. I dopiero kiedy dostałem swoją kopię Connected, zdałem sprawę sobie, że nie ma na co narzekać. No naprawdę, dla takich płyt warto czekać. Jeśli o sam hip-hop chodzi, to mamy gęste, zadymione Madvillainy i elektroniczny soul Foreign Exchange właśnie. Reszta jak gdyby poza konkurencją (można jeszcze nowe De La Soul wymienić, ale to są żywe legendy, więc w zasadzie jest to kwestia całkowicie osobna). W ogóle ewenement, że kolesie nagrali płytkę tak świetną korespondencyjnie. Nigdy się nie spotkali, a jakiego wymiatacza wydali. Zaczęło się kiedy Phonte pierwszy raz wyłożył do bitu Nicolaya umieszczonego na Okayplayerze – taki zalążek takiej ważnej płyty dla bieżącego roku. Uroki netu, haha.

Gość odpowiedzialny za produkcję albumu, Holender Nicolay, jest tutaj elementem kluczowym dwuosobowej układanki (obaj niby są, ale bez tych podkładów byłoby zwyczajnie średnio). Klei soulowe kawałki z takim luzem, że się ciśnie na usta jedno określenie: boss. I ten krążek jest dla mnie aż takim zaskoczeniem właśnie ze względu na Nicolaya, który mógłby być jednym z bardziej wziętych producentów w Stanach (oczywiście nie miałby 275 tysięcy $ za kawałek, jak Timbo, ale zawsze). Bo to jest tak, że on potrafi zrobić genialny "podkład" z użyciem kobiecego wokalu (całe mnóstwo tutaj, mniam) i elektronicznego bitu (lub rozmywając sound bit-maszyny), dodając do tego jakieś klawisze, syntezatory, plamy dźwięku, trendy handclapy czy funkujący bas czasem, nie tracąc relaksującego potencjału po drodze, jak to się zdarza eksperymentującym neo-soulowcom. "Raw Life" chociażby, gdzie bit minuty rozmywa się w sposób, jaki zaprezentował szerszej publiczności swego czasu niejaki Prefuse 73 (a jakże). Tak tu jest świeżo. A opener "Foreign Exchange Title Theme" na przykład? Istny majstersztyk, z wyłaniającym się z rytualnej mini-psychodelii czystym, "jasnym" bitem, na tle którego wokal Yahzarah "Thank you for the music, thank you for right now" po raz pierwszy rozkłada na łopatki i jest świetnym interludium dla następujących potem momentów relacjonowanych następnie znajomym na gg krótko: "doznałem".

Jest też osobna sprawa. "Foreign Exchange End Theme". To jest naprawdę jakiś hymn, temat. Bo kiedy laska leci z tą frazą "connected to youuuuu" na tle subtelnych skreczy, mam ochotę wyłożyć się na kanapie z Carlsbergiem oraz na przykład blantem, w towarzystwie kogoś kto dysponuje umiejętnościami terapeutycznymi zbliżonymi do tego głosu. (Chciałem podać przykład Weroniki, ale przecież wy jej nie znacie. Żałujcie.) Idealne dla znerwicowanych, poważnie. Dwie minuty do słuchania w kółko. Właśnie "Title Theme" i "End Theme" to jeszcze lepsze granice albumu niż intro i outro na ostatniej Missy z wokalem M.J. Blige. To było nic w porównaniu z tym przejawem geniuszu Holendra. Koleś naprawdę odnajduje na nowo zagubione gdzieś ogniwo między hip-hopem i r'n'b, to nie jest puste hasło reklamowe.

Zachwycam się nad produkcją, a przecież pochodzący z Północnej Karoliny Phonte nie od parady odpowiada za rapowanki na płycie. Jego flow, bliski Black Thought (plus w skrajnych przypadkach timbre D'Angelo) i feelingowi Taliba Kweli, nie jest tylko uzupełnieniem producenta z kraju tulipanów (i, ekhem, coffee shopów), ale wpasowuje się w konwencję znakomicie. W "Let's Move" na przykład, kiedy atakuje wyważonym tonem zlepkiem zdań: "Why I grind everyday to pay rent / I done gave'em my check before the first dollar could get spent / It's bullshit ain't it / And they wonder why my eyes jaded / Dark brown with the reflection of hate in it!". Dobry jest, jebany. Albo kiedy bierze się za utrudnione przez jego tryb życia relacje damsko-męskie w "Sincere": "Two thousand miles away trying to call you / To tell you about the road and all the presents I bought you / But there's tension in the room every time that I walk through / And every other day another argument sparks you". Taki sympatyczny z niego nigga, bez kitu no. Albo z innej beczki: "One-two / For you / Cos it's a brave new word / Ya better know it / Check it out". Niby zwykły zlepek typowych słów, a jaki orzeźwiający.

Nicolay i Phonte czerpiąc z nurtu vintage soulowego i z elektronicznych smaczków wysmażyli tak zajebistą płytkę w roku, kiedy akurat potrzebowałem czegoś takiego (dlatego właśnie nie ma obiektywizmu). Takiego orzeźwienia właśnie, na "skołatane nerwy". I z tego powodu właśnie kolesie moją sympatię mają już teraz, w pakiecie z dużym kredytem zaufania. "Foreign Exchange style" ja bardzo kupuję i czekam. Ciekawe co będzie z nimi dalej. Z mesydżem "we do it for the fans all across the planet" na pewno zajdą daleko, a niezal-rap powoli odbudowuje swoją nadwątloną okresem post-Blazing Arrow (tak, skojarzenie bardzo na miejscu) pozycję względem mainstreamowego jeśli chodzi o szufladkę "relaxing". Skonektujcie się z Foreign Exchange, yo.

Mateusz Jędras    
28 grudnia 2004
BIEŻĄCE
Relacja: Tauron Nowa Muzyka 2019
SkeptaIgnorance Is Bliss