RECENZJE

Foreign Exchange
Authenticity

2010, FE Music 7.5

Czy jest ktoś komu teraz wygodniej tworzyć muzykę niż Phonte i Nicolayowi? Patrząc na instytucję jaką teraz jest Foreign Exchange Music, trudno uwierzyć, że dwa lata temu Patryk prawie przegapił wydanie Leave It All Behind, a duet nie miał mógł jeszcze szpanować żadną nominacją do Grammy i pełnił bardziej funkcję pobocznego projektu "tego gościa z Little Brother" i "kolesia co jest z HOLANDII" niż wyrobionej całkowicie marki od a do z. Teraz można mówić o całej scenie obracającej się wokół tego projektu, z własnym imprintem i z nieprawdopodobnie silną reprezentacją w postaci Zo!, YahZarah, Dariena Brockingtona czy po prostu kolejnych części City Lights. Kaman, obczajcie oceny poszczególnych albumów tych wykonawców – za każdym razem przynajmniej ocierają się o nasze podsumowania. W 2010 roku kolejne główne wydawnictwo Foreign Exchange Music pełni rolę pozycji obowiązkowej w tych wszystkich wyliczankach "co będzie wymiatało?", które pojawiają się na początku roku.

W jednym ze swoich ostatnich wywiadów Nicolay i Phonte prześledzili całą swoją drogę artystyczną interpretując nazwy płyt swojego projektu. Connected było szalenie udanym korespondencyjnym eksperymentem, który zaskakiwał przez to, że goście odpowiedzialni za niego nie wymienili nigdy ze sobą nawet dwóch zdań "w realu". Potem, po jego sukcesie i zdobyciu hajsu na przeprowadzkę Nicolaya nastąpiło warzenie, mieszanie i testowanie przeróżnych formuł: Phonte ostatecznie zaczął bardziej śpiewać niż rapować i zaczęto rozwijać "terapeutyczne" wątki najbardziej widoczne na "Title Theme" i "End Theme". Rezultatem tego wszystkiego było opracowanie doskonałego przepisu osadzonego gdzieś tam pomiędzy r'n'b, soulem i momentami kiedy główny MC wydaje się wyraźnie natchniony. Na Leave It All Behind porzucono bezpowrotnie parę rzeczy, stanowczo podkreślono parę innych i przez to powstał uniwersalny soundtrack do wszystkich stanów serca: od mocnego bicia aż po zbieranie najdrobniejszych jego kawałków.

Z tej wygodnej pozycji startuje Authenticity. Duet doskonale zdając sobie sprawę z własnych możliwość i z siły wszystkich ziomów zabieranych w trasę, nagrał płytę kontynuującą drogę Leave It All Behind na wszystkich obszarach na jakich można było po nich oczekiwać. Z tą różnicą, że teraz wyraźnie nacisk został nastawiony na "ciemną stronę" spraw: Phonte w swoich tekstach jest mocno gorzki, w głosie delikatnie smutniejszy niż wcześniej, a Nicolay na podkładach wyraźnie unika bezpośredniego radosnego ciepła. Jeżeli dochodzi do jakiegoś "będzie dobrze" to jedynie w utworach, które znajdują się w okolicach "Maybe She'll Dream Of Me". Reszta płyty to muzyczne leczenie ran z silnym emocjonalnie "The Last Fall" na otwarciu, wymiatającymi klawiszami w "All Roads" i "Laughing At Your Plans" (tam to się foreignowe country prawie dzieje) czy elektronicznym pourywaniem tytułowego utworu. Radość, ciepło i bycie we dwoje najbardziej udaje się w samym jej centrum – "Maybe She'll Dream Of Me" można kusić i na luzie puszczać we wszystkich sytuacjach wymagających takiej muzyki. Jednak najsilniejszym punktem całego albumu jest jego zakończenie, "This City Ain't The Same Without You", które dzięki skoncentrowaniu całej tej foreignowej delikatności i damskiego wokalu staje się prawdopodobnie najlepszym zamknięciem albumu jakie zdarzył się Nicolayowi i Phonte.

Swojego czasu próbowaliśmy z Jankiem pogadać sobie na temat jaką postawę recenzencką przyjąć przy ocenianiu płyt: chłodny dystans gościa znającego tysiąc płyt czy wystawianie wysokich not w amoku i gorączce. Niestety, nie zadziałało to tak dobrze jak Phonte i Nicolayowi na Okayplayerze i nic konstruktywnego z tej rozmowy nie wyszło, bo nas co chwilę rozłączało. Jest wiele racji w wyważeniu Janka, sam je z resztą stosuję, ale nie jestem w stanie ignorować do końca świeżej poznawczej podjarki. W przypadku Foreign Exchange nawet nie potrafię do końca znaleźć tego chłodnego dystansu, bo na przykład "This City Ain't The Same Without You" wywołuje we mnie takie emocje, że nie jestem w stanie o nich pisać bez harcerskiego kiczu. Dlatego nie pozostaje nic innego jak się jarać Authenticity i mieć nadzieję, że nie zdziadzieją przed tym jak przyjadą do Polski. Jeżeli Ambrożewski zamawia Violens, to ja poproszę Foreign Exchange.

Ryszard Gawroński    
17 października 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie