RECENZJE
Flying Lotus

Flying Lotus
You're Dead!

2014, Warp 6.2

"Jazzu nikt nie kuma, man" – wypada zacytować, podejmując temat piątej płyty Flying Lotusa. Ten niepoprawnie wesoły i witalny człowiek wziął na warsztat tematy z drugiego bieguna emocji, tytułując to elpe You’re Dead. Eschatologiczna rozkmina, mistyczna tajemnica śmierci to w tradycji jazzowych eksploracji wątek popularny i w sumie naturalny dla jego poszukiwawczego charakteru. Po nagraniu swojego kamienia milowego, Cosmogrammy, który wyznaczył nowe standardy w muzyce bitowej, i po uspokojonej kontynuacji zawartej na Until The Quiet Comes, Steven Ellison za bardzo – takie mam wrażenie – uwierzył w swoje jazzowe przeznaczenie i, mówiąc krótko, przeszarżował.

Tak, to nie tylko nienajlepsza płyta w dyskografii FlyLo (bo, jak słusznie podkreśla większość, trudno przebić Cosmogrammę), ale wręcz najmniej przyjemna jego propozycja. Ktoś powie, że wymagająca – ja na to, że rozczarowująca w kontekście orzeźwiającego kierunku, jaki został obrany cztery lata temu. Zupełnie nie robią mi progowe wstawki zalegające na pierwszych trzech trackach. Mówiło się o jazzie przyszłości rodzącym się w głowie spadkobierców utalentowanej rodziny Coltrane’ów, a ja w tym momencie słyszę zbyt jednoznaczne copy/paste z rozbuchanej działki fusion. Tego pierwiastka bitowego, który jest temu ziomkowi tak bardzo potrzebny, by był najlepszym sobą, doświadczamy od "Coronus The Terminator". Powraca tu stary dobry FlyLo cofający się do czasów Los Angeles; wyczuwalny jest związany z Blue Note Madlib, a śpiewa Niki Randa i radzi sobie nie gorzej niż Erykah Badu.

Lepsza połowa płyty jest oparta na kojącej przestrzenności, do uzupełniania której zaproszona została plejada mniej lub bardziej rozpoznawalnych i bliskich Ellisonowi artystów. Bas niemal w każdym kawałku obsadzony jest przez Thundercata. Kojąco–eteryczną i popisową partię daje saksofonista Kamasi Washington w "Moment Of Hesitation", w którym zresztą pojawia się u boku samego Herbiego Hancocka, ciupiącego na Fender Rhodes. W "Siren Song" na wysokości wyzwania rzuconego przez tytuł stanęła Angel Deradoorian, subtelnie dookreślając numer wokalizami. Z gościnnymi występami Kendricka Lamara i Snoop Doga jest trochę typowo jak na raperów wychodzących poza okowy hip–hopu, czyli nie są to ich najbardziej udane featuringi, choć singlowość "Never Catch Me" nie podlega dyskusji i trudno na płycie znaleźć drugi numer spełniający owo kryterium. Do puli rozkoszy dorzucam wokale Kimbry i Laury Darlington w zamykającym krążek "The Protest". Płyną na niby konwencjonalnym hip–hopowym bicie, ale takiego bitu nie robi nikt w branży. To jest cały esencjonalny Flying Lotus i jego warsztat. Nie kumam, dlaczego naparzanie ogranego organicznego jazzu ma być krokiem rozwojowym artysty, kiedy powrót do bazy brzmieniowej, którą sobie kiedyś tam wypracował, czyni go niepodrabialnym unikatem? Mimo wszystko trochę charakterystycznego biciwa na "You’re Dead" się uzbierało. Na szczęście.

Powiedzieliśmy sobie o paru gościach (wyczerpująca lista na Discogs), ale równie ważne dla idei tego wydawnictwa są osoby, których już między nami nie ma. Tak się złożyło, że z grona wybitnej muzycznie rodziny i środowiska znajomych, współpracowników, inspiratorów Stevena Ellisona wielu – często przedwcześnie – musiało pożegnać się z tym światem. Dość powiedzieć, że jest to cześć pamięci jego ciotki, Alice Coltrane. Duchowo z pewnością jest to niezwykle istotny punkt w karierze wydawniczej Flying Lotusa. Z tym faktem nie wypada nawet dyskutować. Na poziomie czysto muzycznym życzyłbym sobie więcej Flying Lotusa w nim samym. Ciągle nie wątpię, że jest to nie tylko jeden z największych wizjonerów współczesnej muzyki, ale także koleś, który po prostu – o ile nic strasznego się nie wydarzy – jest w stanie inspirować i dostarczać niespotykanych u nikogo innego brzmieniowych doznań przez kolejną dekadę. Kiedy pojawiła się Cosmogramma, zwariowałem. Wydaje mi się, że to nie tutaj naturalnie miał znaleźć się dziś Flying Lotus. Ale to nic, ja już czekam na kolejną jego płytę, nawet jeśli, aby ponownie złapać właściwy kurs, miałby powrócić do Los Angeles.

Michał Hantke    
16 grudnia 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja