RECENZJE

Flying Lotus
Los Angeles

2008, Warp 6.8

W normalnych warunkach nie ma sensu słuchać tego albumu. Ta płyta trzaska, szeleści, szemrze, zgrzyta, pierdzi i nie da się jej założyć na słuchawki i rozkoszować na przykład w pozycji horyzontalnej. No nijak, zbyt irytująca. Ale. Teraz wieczory są dłuższe, więc jak już będzie ciemno, to dupę w troki i na miasto. Niezbyt głośno nastawcie, żeby brzmienie przegryzało się z naturalnymi odgłosami ulicy. No i żebyście nie wpadli pod cokolwiek.

W najbardziej oczywistych źródłach Flying Lotus nie jest wymieniany jako wykonawca dubstepowy. Pewnie dlatego, że pierwsza płyta nie okazała się dobra, a Los Angeles wydał Warp, który, jak wiadomo, wydaje przede wszystkim indie. Ale jeśli to nie jest muzyka metropolii nocą, wywodząca się z 2stepu i UK garage, która na dodatek, w przeciwieństwie do tej z Big Apple, daje radę, to nic nie jest dubstepem. Steve Ellison sprokurował coś na kształt dj-skiego setu złożonego z left-fieldu, trip-hopu, ambientu i nienazwanych odmian ambitnej elektroniki, a wszystko na tle tych chorych trzasków i grubych, dudniących basów. A skoro już mowa (po raz trzeci) o chorych trzaskach – to jest ich tak strasznie dużo, że po pierwszych trzech przesłuchaniach wywaliłem tę płytę w drugi kąt mieszkania i gdyby nie silne redakcyjne lobby, nie zainteresowałbym się nią nigdy więcej. I to szkoda byłaby. Te wszystkie nieprzyjemne dźwięki stanowią test. Jeśli przebrniesz – poczujesz lekkie mrowienie we wrażliwych częściach ciała.

Miasto miastem, ale dobrze bronią się te momenty, które nie silą się na oddawanie atmosfery za pomocą plam, a jadą na jakimś prostym, acz sympatycznym motywie. Mój faworyt – niespełna dwuminutowe, składające się z etnicznego motywu bębnionego i kupy maluśkich przeszkadzajek "Melt!", przechodzące w – wiem, że nie jestem pierwszy w skojarzeniach – fourtetowe "Comet Course". A tak w ogóle to żółwik dla Ellisona, że jak już ma zażerający pomysł, to nie niszczy go rozciąganiem czasowym, tylko ściska w, dajmy na to, stu sekundach i bez żalu porzuca. Jedynie dwa fragmenty przekraczają tutaj cztery minuty. Z czego "Riot" brzmi jak reinterpretacja Mezzanine, a "Golden Diva"... eee... nie przeszkadza.

A kiedy jesteśmy już zmęczeni tym krążeniem bez celu, przychodzi wytchnienie w postaci dwóch ostatnich kawałków, do których Flying Lotus zaprosił koleżanki i kolegów. Gonja Sufi, którego nie zna chyba nikt oprócz samego Ellisona, a szkoda, bo pasowałby do lepszych kawałków Moby'ego, lekko uspokaja, a zupełnie pozwala zapomnieć o trudach życia (i trzaskaniu pozostałych szesnastu fragmentach) Laura Darlington na tle lekko przyciętego, ale jakże uspokajającego dla ucha bitu. Z jednej strony te dwa kawałki są zupełnie nieistotne – z drugiej świadczą o wysokiej wrażliwości typa. No to dobrej.

Filip Kekusz    
30 listopada 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie