RECENZJE

Flying Lotus
Flamagra

2019, Warp 6.7

Sporo zmieniło się w życiu Stevena Ellisona od czasu, gdy zaczynał kroić pierwsze bity. Najpierw celem było wydanie krótkiego 1983 w Warpie, dziś Lotus ma swój własny, bardzo fajny label Brainfeeder, pozycję jednego z najlepszych rozgrywających we współczesnej elektronice, wypracowany własny styl, który inspiruje rzesze młodych i uznanych producentów na całym świecie, i właściwie nie musi już niczego robić. Ale jednak wciąż, mimo całej masy obowiązków z promocją artystów, występów live, robieniem filmu Kuso (pod pseudonimem Steve), imprezowaniem z Davidem Lynchem, ogarnianiem wszystkiego wokół swojej firmy i po prostu "życiem własnym życiem", ma siłę i determinację, aby tworzyć. Od ostatniego You're Dead minęło 5 lat, a to jak wiemy całkiem sporo w dzisiejszych czasach, zwłaszcza w świecie elektronicznych sampli i komputerowych zabaw.

Ale okej, pojawia się nowy album Flying Lotusa, wokół robi się buzz, wszyscy zainteresowani tematem rzucają się na płytę i słuchają. Fani są zachwyceni tym, że ich ulubieniec znowu dał radę, stworzył epicki koncept album skupiony wokół "wiecznego ognia na wzgórzu", zaprosił całą HORDĘ uznanych gości i nadal może spokojnie rozkładać się w fotelu współczesnego bossa elektroniki. Ja akurat nie podzielam tych zachwytów, a od zrobionej niemal na spółę z Thundercatem Flamagry (Bruner maczał bas i palce w 20 trackach, co teoretycznie daje niemal 3/4 materiału licząc) oczekiwałem trochę więcej. Już tłumaczę. Po pierwsze nie słyszę tu jakiegoś kroku naprzód – nadal mamy dobrze znany lotusowy dźwiękowy strumień świadomości, charakterystyczny miszmasz IDM-u połykający synthowe wycinanki i nu-jazzowe patterny. Gdybym był turbo fanem FlyLo, to pewnie nie miałbym pytań, ja jednak oczekuję od lubianego przeze mnie, kreatywnego artysty trochę więcej ponad sprawną rekapitulację dotychczasowej praktyki.

Mam też problem z poszczególnymi decyzjami szefa Brainfeedera, bo czy konieczne było angażowanie Andersona .Paaka i George'a Clintona? Ja rozumiem, że panowie się znają i lubią, ale takie akcje zostawiłbym jednak Kendrickowi. Mam też pewne wątpliwości przy "Takahashim". Okej, pochwalam sięganie po niby-orientalne motywy i numer całkiem mi się podoba, ale przypomina mi się, że gdzieś w 2014 roku Lido całkiem konkretnie rozjebał w tej formule i dlatego nijak nie jestem w stanie zachwycić się tą próbką. Jeśli chodzi o opowieść Lyncha w "Fire Is Coming": wiadomo, że gościnka takiego mistrza na albumie to czad, ale przy całym moim wielkim szacunku do seniora Davida raczej skipuję ten fragment, choć audiobookiem w takiej formie pewnie bym nie pogardził. Nigdy też nie byłem wielkim fanem Shabazz Palaces, więc "Actually Virtual" to niezbyt moja bajka (ale rozumiem, że może się podobać). Nie wiem też, czemu służy nieistotne smyczkowe interludium "Say Something", bo dla mnie to żadna wielka muzyka, a i ten track z Tierrą nuży mnie swoją jednostajnością i groteskową atmosferą.

To chyba tyle jeśli chodzi o moje obiekcje, czas teraz na jasne strony i mocne punkty Flamagry, których też jest sporo. Bardzo podoba mi się początek "Heroes" z "klimatycznym" intro, samplami z Dragon Balla i nienachalnym dancem w drugiej części (uwielbiam "kolor" tego synthowego paska przemykającego przez całość), następnie "Post Requisite" brzmi jak Lotusowa adaptacja Oriolowego Night And Day zmieszana z "Eple" Röyksopp. Z kolei "Spontaneous" z Little Dragon (sporą robotę wykonał tu Bruner) pokazuje Albarnowi, że Gorillaz to cały czas może być naprawdę zajebisty projekt. Nie mogę się też przyczepić do "Black Balloons Reprise" – Curry elegancko mknie po najntisowym bicie, nad którym pochyla się chór. Przy "Remind U" zaczynam myśleć o wypielęgnowanej prog elektronice Floating Points, no i nie rozczarowałem się gościnką pana Bundicka, który nieźle poradził sobie w Elissonowskich objęciach. Jeśli chodzi o miniatury, to oczywiście przyzwyczaiłem się do szkiców Ellisona, ale trochę żałuję, że na przykład wdrapujący się po schodkach jazz-funk "Heroes In A Half Shell", żartobliwy "All Spies" z głębokim basem, klasyczny dla Lotusa joint "Inside Your Home" czy czerpiąca z producenckiego arsenału DJ-a Shadowa "Andromeda" to krótkie (choć naprawdę znamionujące klasę gospodarza) wprawki pozostawiające spory niedosyt.

Tak jak i cała Flamagra, którą, co prawda, doceniłem bardziej po czasie, ale wciąż nie jest to longplay satysfakcjonujący mnie całościowo. Ale nie ma co płakać – w końcu dzięki pomocy Spotify sam mogę sobie ułożyć kształt tego LP ("moja" Flamagra ma 16 utworów, trwa 42 minuty i oceniam ją na 7.4) i cieszyć się do woli kunsztem Flying Lotusa. Mam nadzieję, że pan producent się na mnie nie obrazi.

Tomasz Skowyra    
1 października 2019
BIEŻĄCE
Fontaines D.C.Dogrel
Lana Del ReyNorman Fucking Rockwell!