RECENZJE

Flying Lotus
Cosmogramma

2010, Warp 7.8

MZ: Najlepszy Skwarek to taki, który swoje basowe wygibasy i kosmiczne breakbeaty serwował w nieco rozmytej osnowie, czarując harmoniami godnymi fusion Metheny'ego 1978-PMG-style. Flying Lotus też momentami zdobywa się na coś takiego, kiedy akurat nie nurza się w cyfrowych soundscape'ach, cudnych piosenkowych kolażach a la elektroniczne Radiohead (fragment z Yorkiem to jedna z fajniejszych rzeczy, do jakich przyłożył głos od Hail To The Thief), błogich jazzowych interludiach na harfę, bębny i saksofon albo frapujących micro-house'owych zapętleniach prowadzących nie wiadomo do końca w jakim kierunku, ale brzmiących jakby Marc Leclair ukradł show Dirty Projectors i nagle się zaciął, żeby po paru minutach zostać wybawionym przez luksusowy, klubowy bit. Nie wspominając już nawet o całym tym magicznym świecie instrumentalnego h-h z Blue Note'owym posmakiem. W perspektywie całego albumu, Squarepushera najczęściej zawodziła intuicja; Flying Lotus płynie bez mielizn, bez zapętleń, z bezbłędnym wyczuciem smaku, melodii, harmonii, eksperymentu. Najbardziej kunsztowny, wyrafinowany melanż stylistyczny w dorobku Ellisona i, moim skromnym zdaniem, jedna z lepszych rzeczy w katalogu Warpa od brzasku tego zacnego labela.

AG: Na początek garść faktów: jeżeli Los Angeles jest płytą na 6.8, to Cosmogrammie wychodzi gdzieś 6, a że wypadałoby jej przyznać z naddatkiem 7, więc sami sobie policzcie co sądzę o poprzednim wydawnictwie Flying Lotusa i liczmanach red. Kekusza. W Cosmo jak to w Cosmo, dzieją się rzeczy o których nie śniło się filozofom, pięćdziesiąt zastosowań folii aluminiowej w erotyce. Teoretycznie zmiana trajektorii ścieżki twórczej Ellisona nie powinna trafiać w moje rejony, bo nagrał płytę dużo cięższą od LA, a ja wolę łatwą raczej muzykę. Niektórzy porównują wydawnictwo do niedawnego debiutu Gonjasufiego, z uwagi na eklektyzm. Litości, w A Sufi And A Killer ile było przypadkowych znajomości i niedrogiej zabawy, a tutaj ile precyzji i chłodnych wnioskowań.

JM: Wiele skojarzeń przychodzi do głowy a propos Cosmogrammy, bardzo trudno jednak jest wybrać jedno główne. Ellison z jednej strony wali po głowie strukturami, w których zagłębianie się wymaga doświadczenia w starciach z Heckerem czy też z najdłuższymi krążkami Aphex Twina. Pierwsze sekundy openera "Clock Catcher" sugerują wręcz drążenie godne nieocenionego leczenia kanałowego. Ukojenie dla tych, którzy wolą elektronikę z ludzką twarzą przychodzi szybko - jeszcze w tym samym kawałku wkrada się Rechenzentrumowa lekcja plastyki, chwilę później (w "Zodiac Sign") do ust serwowany jest zaś małe pincho posmarowane mazią od Boards Of Canada. Można by powiedzieć, że brakuje w tym towarzystwie jedynie Amona Adonaia Santos de Araujo Tobina – hehe, pudło, posłuchajcie sobie "Do Astral Plane". To w zasadzie lżejsza wersja przedostatniego z Out from Out Where. Spece od Warpu i okolic pewnie dorzuciliby -naście dodatkowych skojarzeń, ale nie sądzę by któremuś udało się zaprzeczyć, że Ellison wirując na jednokołowym rowerze między klasykami, wyznaczył przy okazji własną ścieżkę. Czy będziecie mieli siły by nią podążyć, to inna sprawa, ale warto.

JB: Ellison odcumował statek z Los Angeles i wypłynął na szeroki przestwór oceanu. Na pokład zabrał ze sobą parę ulubionych płytek Tobina, J Dilli czy Boards Of Canada i obrał kurs poprzez basowe głębie i melodyczne zawirowania w stronę Faros, z którego ruin przyświeca mu sam Scott Heron. Co prawda krajobraz otwartej wody nader często określany jest jako "unfocused", jednak w przypadku Ellisona podróż nie nuży: statek przyjemnie buja się na falach, powiedzmy, Rinse Fm, rozcinając tytułowy błękit koncept-remixu Madliba. Gdy toń spokojna, załoga kreśli digital-jazzowe ornamenty, Laura Darlington wspomina Rachel Goswell, nurzając się nieśpiesznie a Yorke wyławia jeden z najlepszych utworów od czasów Hail To The Thief. Jednak gdy czekanie na przychylność wiatru zaczyna się dłużyć, Ellison puszcza w ruch swoje house'owo/breakbeatowo/dubowe turbiny i płynnie przyspiesza. Oczywiście, tylko na moment, bo przecież to nie jest pościg bondowskim Aston Martinem na najwyższym biegu. To podróż-degustacja, która nie wymaga pośpiechu, a pełnego rozsmakowania się w jej bogactwie, nietuzinkowych rozwiązaniach i znakomitych aranżacjach. Ocean to głęboki, ocean to spokojny, lecz wystarczy i jedynka, gdy za mistrza masz Jelinka.

Aleksandra Graczyk     Jan Błaszczak     Jędrzej Michalak     Michał Zagroba    
8 maja 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy