RECENZJE

Fleet Foxes
Helplessness Blues

2011, Sub Pop 5.9

No to jedziemy prerią. Bezkres przestrzeni, aż po horyzont nic się nie dzieje. Obserwuję chmury, próbując dostrzec w nich jakieś sensowne kształty. Zrywa się wiatr od gór. Niesiony podmuchem pył wbija się w usta i oczy, lecz nie w uszy. W ciemniejącym krajobrazie widać samotne światło. To Robin Pecknold zaszył się tu przed światem, by w spokoju komponować. Wychodzi przed chatę, obserwuje pojedynczą błyskawicę rozszczepiającą niebo o zmierzchu. On wie, że burza przejdzie obok. Jest już stary. Starszy niż byli jego rodzice, kiedy mieli córkę. Ja spodziewałem się deszczu, a spadło ledwie parę kropel.

Dotychczas nie można było ich nie lubić. Znały ich koleżanki słuchające Jamesa Blunta, repetował sąsiad z dołu, aż echo niosło się po klatce. Miłość była w ich oczach, gdy wzdychali: "To jest piękne!". Bratni serwis Rockmetal napisał o płycie Fleet Foxes: "nawet młodzież słucha jej z prawdziwą przyjemnością", w odniesieniach umieszczając link do HammerFall czy St. Anger. Się rożumie. Kieszonkowe kompedium amerykańskiego singer/songwritingu, niczym dobra nowina, trafiło również tam.

Z drugiej strony czy nie mierzi was trochę wszędobylskość tych samozwańczych pustelników? Pecknold chyba pozazdrościł Justinowi Vernonowi opinii restauratora pionierskiego etosu. Zlikwidował konto na Twitterze i w domku pośród lasów stanu Washington przygotowywał płytę mniej osadzoną w popie, a więcej w amerykańskiej glebie. Niestety, te naznaczone zwątpieniem i Neilem Youngiem utwory, w swych bardziej archaizowanych kompozycjach i quasi monofonicznej produkcji, przypominają jakąś wielką mistyfikację. O ile na debiucie/EP-ce Sun Giant całość doskonale broniła się kompozycyjną zręcznością i spływającym na słuchacza niedefiniowalnym uczuciem szczerej prostoty, o tyle już po kilku dźwiękach Helplessness Blues można rozpoznać falsyfikat. .

Fleet Foxes zanadto się nie zmienili, co to, to nie. Jednak debiut, który oceniam trochę wyżej niż Wojtek, zawierał oprócz wachlarza muzycznych odniesień, także intymność pozwalającą podziwiać fakturę płatków śniegu czy podniebne górskie szczyty oraz kojarzyć użyte środki z biblijną hiperbolą czy średniowiecznym chorałem. Urok i skromność melodii angażowały osobiście, dopuszczając przyłożenie do własnego otoczenia jakiejś archaicznej paraleli. Nasuwała się analogia ze znaną gdzieniegdzie powieścią Gilead. Fikcyjny stary pastor z książki Robinson przeniknięty purytańską trwogą, wiarą i szeregiem całkiem zaskakujących, zgoła nie kaznodziejskich, emocji, w swym pamiętniku, podobnie potrafił przekazać nawet zbyt afektowane myśli z ujmującą gracją.

Tymczasem mam wrażenie, że Helplessness Blues otwiera nie "Montezuma", ale "Matuzalem". Dominują tu właśnie sermoniczne chwyty. Co więcej, za rozbudowaną fasadą kryją się raczej średnie piosenki. Im głębiej w las, tym gorzej. ”The Shrine/ An Argument” przynosi szereg świetnych motywów, utrzymując klimat podniosłej melodii we wkraczającej trąbce rozdzierającej sekwencję smyków. Następnie kilka utworów rozciągniętych na słońcu "Mykonos" wcale nie stanowi problemu, lecz nie robi różnicy. Właściwie jeszcze "Blue Spotted Tail", który kalkuje "Blackbird" Beatles, jakoś bym wymienił i jednym tchem zaraz główny problem z omawianym albumem – tym razem lisy chytrusy piosenkowym konkretem nie chciały się z nami podzielić.

Wawrzyn Kowalski    
31 maja 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie