RECENZJE

Fleet Foxes
Crack-Up

2017, Nonesuch 5.8

Nie wiem jak wy, ale ja doceniam obie pierwsze długogrające płyty Amerykanów z Fleet Foxes. Debiutu raczej nie trzeba jakoś specjalnie bronić, ale i sofomor przecież mocarz. Pamiętacie chyba przejmującą, wieloczęściową narrację "The Shrine / An Argument" z końcowymi, chorymi dialogami smyków i dęciaków. Toż to nie tylko niekwestionowany highlight tamtego albumu, ale i jeden z najmocniejszych wałków w całej dyskografii grupy. A były jeszcze choćby nieregularny, a jednak mocno chwytliwy "Battery Kinzie" czy właściwie niezbyt odkrywcza, ale urokliwa ballada "Someone You'de Admire" – no co poradzisz, Pecknold na samej gitce i głosie coś tam we mnie trąca.

O album numer trzy niestety można było zacząć obawiać się już po pierwszym jego zwiastunie – bezczelnie naśladującym wspomniany "The Shrine..." – "Third Of May / Ōdaigahara". Tytuł to jedno, czas trwania i kolejne, odrębne części utworu – drugie, ale instrumentalny finał, w którym "każdy gra swoje" to już przesada. Lisy spłodziły upośledzonego brata młodszego o sześć lat kawałka, obdarły go z jego największych atutów i (co chyba najmniej zrozumiałe) wypuściły w świat jako pierwszą zapowiedź najnowszego wydawnictwa.

Rozbudowanie kompozycji to, jak się okazuje, cecha nie tylko wspomnianego utworu. Spora liczba numerów cierpi tu na nadmiar pomysłów, które upchnięte na dystansie 5, czy 6-minutowego kawałka duszą się wzajemnie i nie dają się sobie w pełni rozwinąć. Najlepszym tego przykładem jest otwierający całość "I Am All That I Need..." – wiodący temat robi wrażenie – sekcja rytmiczna rozpędza się, lekko spóźnione gitary gonią, dochodzą smyki i wokalne harmonie – ale motyw ten ani razu nie eksploduje w pełni – eskapadę przerywają kolejno jakieś smęto-nucanki, szepty i wyciszona końcówka. Outra utworów na tym albumie to w ogóle ciekawa sprawa. Pecknold i spółka często jak w jednym z najlepszych na płycie "I Should See Memphis" porzucają główny wątek i przez ostatnią minutę albo przygotowują grunt pod kolejny numer, albo grają jakąś zupełnie oderwaną od otoczenia miniaturkę.

Lisy na ilość postawiły również w kontekście instrumentów użytych w trakcie sesji. Waterphone, koto, harmonika szklana – to wszystko słychać, ale przepych brzmieniowy nie przekłada się niestety na równie obezwładniającą jakość kompozycji. Pecknold od czasu premiery Helplessness Blues zmagał się ponoć z blokadą twórczą i odnoszę wrażenie, że kiedy w końcu przypomniał sobie jak pisać piosenki, postanowił, rezygnując z selekcji materiału, upchnąć wszystkie dobre pomysły na przestrzeni tej niecałej godziny.

Popowy potencjał czy ilość zapamiętywalnych melodii jest więc na Crack-Up obecna w rozmiarach dostrzegalnych jedynie pod mikroskopem, czego dowieść można bez większych problemów, choćby zestawiając najbardziej "radiowe" tu fragmenty z takim "White Winter Hymnal" powiedzmy. Z lekkim przymrużeniem oka można stawiać stylistyczną woltę jaką wykonał tu Amerykanin w kontrze do jego obecnego IMIDŻU. Typ, który wyglądał kiedyś jakby w swojej głuszy żywił się ściółką leśną, a po wodę chodził do studni, dziś prezentuje się jak zagubiony brat Chrisa Martina i nie żeby robiło mi to jakąkolwiek różnicę, ale paru radykalsów zdążyło pewnie wydać przedwczesne wyroki w sprawie tak nieistotnej jak AUTENTYCZNOŚĆ czy PRAWDZIWOŚĆ tego dziełka. Ostatecznie Pecknold nagrywając album w założeniu najbardziej ambitny, na którego sukces posiadał wszelkie papiery, poległ niestety na polu, którego tu na Porcys nie możemy odpuścić. Jednym zdaniem – gdzie są hooki, panie kolego?

Stanisław Kuczok    
31 lipca 2017
BIEŻĄCE
Moses SumneyAromanticism
BjörkUtopia