RECENZJE

Flaming Lips
Yoshimi Battles The Pink Robots

2002, Warner 8.1

– Flaming Lips.
– Whao, whoa... wha?
– Flaming Lips.
– No... noe, no we don't heva.

* * *

Rozmawiamy sobie tutaj o różnych postaciach, objaśniamy różne postaci. Czas chyba objaśnić naszym czytelnikom postać Wayne'a Coyne. Ten gamoń to jest ze wszech miar gamoń wyjątkowy, anonimowy, undergroundowy, niczym zza światów... Ok, więc może trochę teraz przesadziłem. Ale Wayne Coyne to z powodzeniem jedna z najbardziej inteligentnych, wyrachowanych, błyskotliwych i sprytnych postaci amerykańskiej niezależnej muzyki. Nie ma w nim wprawdzie tego boskiego daru, z którym rodzą się naprawdę nieliczni. Nie ma tego natchnienia, jakie zwykle wydaje na świat małe przełomy. Lecz jest coś przenikliwego, jakaś taka orientacja w terenie, powodująca cholernie efektowne skutki obfitej działalności.

Powiem tak: dla mnie Coyne nie jest szczerym, wiarygodnym artystą. Może właśnie dlatego tak fascynuje? Zastanówmy się na tle drogi, jaką przebyli goście z Oklahomy przez tych bez mała dwadzieścia lat. Rozpoczynając przygodę z głodnym eksperymentu podziemiem od własnej transkrypcji odjechanej, improwizowanej psychodelii, stopniowo przeobrazili się w pierwszorzędnych noise-popowców, czerpiąc z melodyjnego shoegazera i jednocześnie puszczając w obieg nowy typ wrażliwości, ochrzczony przez niektórych mianem "cosmic americana" (barokowe ozdobniki aranżacyjne, kolażowość tekstur, fałszywie zasmucony głos a la Neil Young, dostojny feeling). Wkrótce ich śladem podążyli Mercury Rev, Grandaddy, Delgados (wiem, to Britole, no i co?) i tak dalej. W przeciwieństwie jednak do wahań formy rzeczonych, Flaming Lips "trwają tak sobie, z płyty na płytę coraz lepsi".

I to jest prawda to jest fakt, jak nie wierzysz to szoruj pokład, bo na wysokości Transmissions From The Satellite Heart sprawy przybrały dość poważny obrót. Teraz Coyne i spółka znaleźli klucz do zwartej, zamkniętej formuły w obrębie dotychczasowych poszukiwań. Na tej wysokości ekipa Porcys zaczęła być rozjebywana, bardziej, lub mniej. Dwa lata po Clouds Taste Metallic grupa wydała coś, co się nazywało Zaireeka i czego może nie będę komentował ani słowem; powstrzymam się, bo mam zamiar w niedalekiej przyszłości poświęcić temu zagadnieniu oddzielny tekst, jeśli będę umiał wydusić cokolwiek – trzymajcie za mnie kciuki. Wyczekana sława i absolutnie uniwersalny poklask przyszły dopiero z The Soft Bulletin, najbardziej przyswajalną, najłatwiej słuchalną i zanucalną płytą Flaming Lips. Sława zasłużona, bo był to krążek naprawdę znakomity. A jednak, gdy se zapuszczam tenże i słucham "Race For The Prize", to nie kupuję "Two scientists are racing / For the good of all mankind / Both of them side by side / So determined".

Bo do diaska (!!) Coyne jest pieprzonym szalbierzem, prześmiewcą i pewnie dobrze by się bawił, czytając taką recenzję, jak twoja. Ej, mam obsesję na temat "co Coyne mówi na poważnie, a co z przymrużeniem oka". (Mógłbym na ten temat pisać pracę, ale ciekawe z jakiego przedmiotu.) Bo dla mnie słuchanie Flaming Lips jest o tyle zajmujące i wyrywające z letargu, że zmusza do ciągłego kontrolowania i analizowania. Widzicie, gdybyście zerknęli na clip do "Race For The Prize" (skądinąd kawałka wypalonego w przestrzeń!), to zobaczyliście, skąd biorą się moje wątpliwości. Nie to, że postrzegam sztukę przez pryzmat teledysków. Akurat ten filmik dorwałem zupełnym przypadkiem, pewnego popołudnia, uciekając pilotem od "Randki W Ciemno". Ale jeny, dotarło do mnie wówczas ostatecznie, że nie ufam gościowi. Gdyby jutro na Rondzie Dmowskiego spytał się mnie, którędy do Forum, odpowiedziałbym, że nie wiem. (Kojarzycie Przepraszam, Czy Tu Biją?)

Wayne opanował do perfekcji metodę percepcji fal wysyłanych przez drugiego człowieka i to na różnych poziomach. Bywam nazywany "antropologiem kultury", z wiadomych względów. Ale przy tym kolesiu moje bycie antropologiem to jest w formie takiego żartu chyba. Coyne prześwietlił nas wszystkich, widzi na wylot, wykracza poza zwykły ogląd sytuacji, jest ponad naszymi "różowymi okularami". Ale gdyby, ktoś, kiedyś... chciał chociaż muzyki posłuchać. Proszę bardzo. Flaming Lips wiedzą doskonale, dlaczego cała kula ziemska klęka przed Ok Computer i potrafią (a raczej konkretnie Coyne potrafi) bezwzględnie wykorzystać nasze słabe punkty, co-do-milimetra naśladując tę samą schizofrenię, wykoślawiając ją i parodiując. Taki był The Soft Bulletin: dramat, ach dramat ludzkości, popłaczmy się. No i pół Ameryki płakało, a Coyne siedział i się śmiał.

I szykował Yoshimi Battles The Pink Robots, projekt, którego sama koncepcja nadaje się na oddzielne opowiadanie. Nie będę się rozdrabniał, bo wiem, że właśnie o to Wayne'owi chodziło: żebym przedstawił wam tutaj z napięciem w klawiaturze całą tę głupawą historyjkę i próbował ją interpretować. Tak, celem tej łajzy było zaszydzić z tysięcy debilnych krytyków na całym globie, którzy będą poszukiwać sedna (zwanego dalej bogiem) w takim oto steku bzdur. Niejaka osóbka o nazwisku Yoshimi Yokota to perkusistka awangardowej japońskiej kapeli Boredoms (Super Are, anyone?), notabene kumpelka zespołu. Plan jest taki: japońskie dziewczyny pod przywództwem Yoshimi uczą się karate i stawiają czoła potwornym robotom, które chcą opanować świat. Hahahahahaha. Hahah. W stylu Coyne'a, nie ma co. A świstak zawija...

Nie, ale akurat świetnie pasuje mi to do całości, bo widać jak na dłoni, że Coyne sobie z nas drwi i wtedy wkracza antropologia i mówi, że należy za nim podążyć, żeby cokolwiek załapać. I tutaj pojawia się dodatkowy problem. Mianowicie, piosenki Flaming Lips są w przeważającej większości tak zajebiste, że z minuty na minutę coraz bardziej ulega się temu kabaretowi i nagle, zupełnie niewiadomo skąd, Yoshimi Battles The Pink Robots wymienia jako jedną z płyt roku całe stado znawców i kompetentnych pismaków. Duh, my sami należymy do tej bandy urwisów, bo po podliczeniu głosów wyszło na jaw, że Yoshimi to nasza dwudziesta płyta roku! Pierwsza dwudziestka! Jak to możliwe? Otóż Coyne gra na najniższych instynktach, trąca najczulsze struny w istocie o cechach humanoidalnych i wywołuje – sztucznie, bo sztucznie – wielkie emocje. Coyne odkrywa w każdym z nas widza telenoweli, beznadziejnych obrazów fantastycznych, czytelników cotygodniowych felietonów o tym, jak bliski jest dzień całkowitej zagłady. Ale robi to tak przekonująco, że zasługuje na miano zwierciadła popkultury naszych czasów, najbardziej wydrążonych i wyjałowionych czasów wszechczasów, co by Eliot powiedział, ech.

A więc mamy tę fabułkę rodem jak z animowanego serialu, hybrydy He-Mana i Kapitana Hawka (ja też zapatrywałem się z wypiekami na twarzy w Tsubasę, kłonie). "Fight Test" jest wprowadzeniem w temat i przygotowaniem do decydującego starcia. Zwraca uwagę zapętlony beat odmierzający para-orkiestrowe syntetyczne łezki w tle. Flaming Lips dostosowali swój sound do nowego image'u, Coyne chciał nagrać swoje Kid A, jeśli organicznie żywe Soft Bulletin było jego Ok Computer. W "One More Robot" ci ludzie popełniają zbrodnię i serwują do tych trzeciorzędnych kiczów tak śliczną i nieskazitelną melodię, że mimowolnie się rozpłynąłem. Za to właśnie nie lubię Coyne'a, że udaje mu się mnie wzruszyć, choć wiem, że wzruszam się fałszywie. Ale cóż poradzę, jakiś tekst o tym, czy roboty czują, czy nie czują. Co mnie to obchodzi. To nie jest "Fitter, Happier", tam się naprawdę beczało, a tu? To ta melodia jest przepiękna.

Zgadnijcie, skoro mowa o robotach, to jasne, że wątek elektroniczny będzie kontynuowany. Pierwsza część utworu tytułowego byłaby zwyczajną flamingową balladą, gdyby nie posmak futurystycznej przestrogi w słowach "I know that she can beat them / Oh Yoshimi". Ciekawe, że temat walki ze złem jest wybitnie aktualny dziś i jutro. W części drugiej niespodziewanie pojawia się tytułowa Yoshimi. To jest już przegięcie pały, ale Yokota wkradła się, w końcu to o niej jest ta płyta. Luźny jam perkusyjno-syntezatorowy jest dźwiękowym odzwierciedleniem bitwy z robotami i prowadzi do wokalnej kulminacji samej Yoshimi, która chyba pokonuje niedobre maszyny swoim darciem paszczy. Jej przenikliwy wrzask przypieczętowuje sukces ludzkości, publiczność klaszcze, jesteśmy ocaleni. The show's over, see you next time. Coyne znów zażartował naszym kosztem.

Zaczyna się urzekająca pieśń "In The Morning Of The Magicians", gdzie sentyment "I couldn't remember / What is love and what is hate" zwyczajnie impersonifikuje Yorke'a, zresztą naśmiewając się z rożnych takich akustycznych smutów, które członkowie Myslovitz jedzą na śniadanie. Bit przypomina nam, że wciąż obcujemy z namiastką, odzwierciedleniem, hologramem. A kompozycje niemal jedna po drugiej są świetne. Weźmy "Ego Tripping At The Gates Of Hell" z tą wielowarstwową aranżacją. Rozwala też "Are You A Hypnotist?", wiedzione przez przerywaną linię basu. Przykładem na kolejną zabawę kosztem słuchacza jest "It's Summertime", gdzie pod koniec liryzacja jest usilnie przesadna, ptaszki śpiewają i znów to nie my decydujemy o ciarkach, robi to Coyne za nas. Potem śpiewa w prawie-disco-polowym żalu: "Do you realize / That everyone you know / Someday will die". Kończą dwa najlepsze chyba fragmenty, kolejna skarga egzystencjalna "All We Have Is Now" oraz instrumentalna koda "Approaching Pavonis Mons By Balloon", pozostawiająca odbiorcę z uczuciem bycia oszukanym, zmanipulowanym, ale jest to uczucie dziwacznie przyjemne. Bo jaka ta płyta jest zajebista.

Twórczość Coyne'a, wielkiego szydercy, inspiratora skomplikowanych form przekazu, należy rozumieć jako teatr, gdzie rzeczywiście oszukani (widzowie) są mądrzejsi od oszukujących (wykonawców). Jeden z krytyków napisał, i muszę to zacytować, bo idealnie zsumowało to moje rozważania, o Yoshimi: "Coyne stworzył swoje brzmienie, brzmienie zrelaksowanego obserwatora najbardziej dzikich wydarzeń". Jeśli ktoś powiedział większą prawdę o tym człowieku, to ja się z tym nie spotkałem. Wayne Coyne jest bowiem tak samo wrażliwy jak my wszyscy, tak samo rozumie upadek człowieczeństwa i równie, a nawet może bardziej jest zatroskany. Boi się śmierci, boi się samotności. Boi się samego siebie i swoich uczuć, dlatego stara się obejść najtrudniejsze kwestie szyderstwem. Coyne nie jest artystą, jest katalizatorem całego szaleństwa, jakie zesłało na nas przeznaczenie. Jego dzieła – i tu bez śmiechów – być może najdokładniej zbliżają się do greckiego pojęcia "katharsis", bo przeglądając się w nich, oceniając je i przez to współtworząc, naprawiamy samych siebie. To dlatego nienawidzimy pocałunków na dobranoc i tanich wzruszeń. Ale żeby to rozumieć, trzeba wiele razy zaprzeczyć sobie w jednym akapicie.

* * *

– Słucham?
– Uhm. Hamburgera.

Borys Dejnarowicz    
17 marca 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie