RECENZJE

Flaming Lips
The Flaming Lips And Heady Fwends

2012, Warner Bros. / Lovely Sorts Of Deat 4.8

Wayne Coyne jest człowiekiem spełnionym życiowo i ma wielu przyjaciół, wśród których bez większego wysiłku można znaleźć mniejsze bądź większe gwiazdy muzyki popularnej. Nie ma w tym nic złego (''żarcik''), ale taki stan rzeczy wcale nie wymaga muzycznego upostaciowienia; albumu-fraszki, albumu-celebracji, albumu-CZILU. ''Marihuneana? A po co to komu?'' Po co komu kolejne (po towarzyszącej Embryonic nieporadnej i zupełnie niepotrzebnej reinterpretacji Dark Side Of The Moon) wydawnictwo zespołu pomyślane i wykonane jako utrwalenie uwolnienia i sprzężenia studyjnych napięć, wykluwających się w podczas pokaźnych ''białych plam'' pomiędzy kolejnymi regularnymi płytami (''co robią wykonawcy gdy nie nagrywają longplejów?'': Pytanie z gatunku: czy w lodówce pali się światło po zamknięciu?) towarzysko-jamowych emergencji, nadproduktywności kontrolowanego ćpania?

Nastroszę się więc jak wernisażowy szczur i zamiast muzyki skupię się na prezencji zgromadzonych gości. Nie da się ukryć, że Wayne'owi udało się do wspólnego projektu zaprosić śmietankę (przynajmniej wedle kryteriów rankingów na RYM) współczesnego niezalu (kokietującego domieszką komercyjnego popu, krępego szczyptą wujaszkowej klasyki). Właściwie każdy track zdobi popularne nazwisko, popisujące się w danym kawałku swoim firmowym stylistycznym chwytem. I tak – już w openerze nie kto inny, jak Kei$ha, rozgrzewa na rozbiegu słuchaczy urwaną nawijką o własnej dupie, w ''Children Of The Moon'' przybywający z Terra Novy (skasowany przez Fox ''z niezrozumiałych powodów'' serial o dinozaurach) nasi ulubieni Tame Impala dowodzą, że drzewa kauczukowe mogą służyć za świetny budulec maszyn ciężkich, a ''I'm Working At NASA on Acid'' inkorporuje turbo-noise autorstwa Lightning Bolt. Z tej metalurgiczno-fantomatycznej śluzownicy możemy wyłowić również między innymi Nicka Cave'a i Erykę Badu, z których ta ostatnia jest chyba samplowana z jakiegoś nieznanego mi b-side'a, bo nijak nie pasuje do niemalże-wieńczącej krążek, dziesięciominutowej suity ''The First Time I Ever Saw Your Face'', którą najlepiej można określić jako Spiritualized wrzucone do pralki.

Zdecydowanie najlepiej wypada niepozorny występ Chrisa Martina (zwiewnie parafrazujące ''Imagine'' ''I Don't Want You To Die''), może dlatego, że najskuteczniej przywołuje balladowe oblicze ducha starego Flaming Lips, jeszcze sprzed Zaireeki, do którego mam niepohamowany sentyment. Trochę szkoda, że zespół musi mnie kupować przy The Flaming Lips And Heady Fwends takimi tanimi zagrywkami, bo przecież nie powinien – Embryonic dawało iskierkę nadziei, że mimo wejścia w wiek średni, Wayne'owi i spółce daleko do podręcznikowego zdziadzienia. Nie myliłem się, prawda?

Jakub Wencel    
17 maja 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie