RECENZJE

Flaming Lips
At War With The Mystics

2006, Warner Bros 6.8

Zawsze, kiedy nadchodzi dzieło genialne, powstają recki. Zawsze. Na palcach kilku głów można policzyć także procesy odwrotne, z pierwszym biegunem przesuniętym o długość nogi. Z postawy wobec Soft Bulletin wypryska oczywista, nie wydawałoby się, konieczność historycznego ujęcia fenomenu. Zamknij za sobą drzwi dziewczyno, i uważaj na sukienkę, bo ścisły wygniot wszechczasów zastąpiono Yoshimi Battles The Pink Robots.

Na tej płycie Coyne opowiada bezpretensjonalnym tonem, że wiele lat myślał, iż bycie cool jest cnotą. Że nie wie, gdzie to wszystko się zaczyna i kończy, bo to tajemnica. Że nie pamiętał czym jest miłość, a czym nienawiść i jakie w ogóle ma to znaczenie. Że czekał na ten moment, ale on nigdy nie nadszedł. I że nie, nie uda nam się, bo, yy, wszystko co mamy to "teraz". Ok, i robi to za pomocą tak transcendentnych, oryginalnych, a zarazem aktualnych do trendów, czy wręcz prekursorskich muzycznie kawałków, że kopara opada. Spójrzmy prawdzie w oczy. Powiem tak: dla mnie Coyne nie jest szczerym, wiarygodnym artystą. Może właśnie dlatego tak fascynuje? Zastanówmy się na tle drogi, jaką przebyli goście z Oklahomy przez tych bez mała dwadzieścia lat. Rozpoczynając przygodę z głodnym eksperymentu podziemiem od własnej transkrypcji odjechanej, improwizowanej psychodelii, stopniowo przeobrazili się w pierwszorzędnych noise-popowców, czerpiąc z melodyjnego shoegazera i jednocześnie puszczając w obieg nowy typ wrażliwości, ochrzczony przez niektórych mianem "cosmic americana" (barokowe ozdobniki aranżacyjne, kolażowość tekstur, fałszywie zasmucony głos a la Neil Young, dostojny feeling). Wkrótce ich śladem podążyli Mercury Rev, Grandaddy, Delgados (wiem, to Britole, no i co?) i tak dalej. W przeciwieństwie jednak do wahań formy rzeczonych, Flaming Lips "trwają tak sobie, z płyty na płytę coraz lepsi". (...)

Osobiste recenzje. Czy one w ogóle mają jakiś sens? Otwieranie się przed czytelnikami, odsłanianie własnych przeżyć, dzielenie się nimi z właściwie obcymi ludźmi. Zamieszczanie w tekście, który z założenia ma być tylko opisem muzyki z danej płyty, własnych przemyśleń o charakterze socjologicznym i komentarzy jawnie ukazujących stosunek autora do otaczającej go rzeczywistości. Wplatanie w suchą relację z kolejnych utworów dygresji często luźno nawiązujących do tematu. Czy to ma sens? Problem agresywnej ekspansji skrajnego kapitalizmu dobija codziennie tysiące zwalnianych pracowników. Wielkie firmy motywują działania zyskiem, nie licząc się z losem pojedynczych istnień. Widmo utraty zatrudnienia zagląda w oczy zestresowanym employees, paraliżując ich starania, co kreuje błędne koło.

At War With The Mystics jest klinicznym oraz zupełnie biegłym dowodem starości. Są kozie melodie, nieboractwo, nie skakała, Emerson, Lake i ten trzeci, siła przekazu, krytyka polityczna (od Giddensa i Chomsky'ego po przysłowiowe starcie z watahą straussistów), kulturowa, w imię czego znowu Scott Booker. Sprzęgło się i zawróciło, co skutecznie utrudnia zbieranie malin ("Jesus Shootin' Heroin", jeżeli pamięć zachowana). Zamiast szarpnięcia kabli jest kolekcja space-popu, żeby nie wspomnieć rocka, z progiem i długiem u dostawców. Wayne nadrzuca, że "it master-slaves me". Nie ma litości, bo choć zróżnicowana struktura zawsze jest dobra przed siłownią, braki w koncentracji grożą detoksem. Prawdą jest uwielbienie syntetycznego, z impertynenckim bzykiem w refrenie "Haven't Got A Clue", gdzie "Every time you state your case / The more I want to punch your face / I go BBVVVDDTTT! BBVVVDDTTT!! BBVVVDDTTT!!!" rozwiązuje tajemnice powstania wszechświata, onomatopeizując przy okazji temat poboczny centralnej fazy "kompozycji". Jaki wszechświat, takie rozwiązanie. (Z kolei na margines należy zepchnąć główny cel i przyczynę uwielbienia dla Coyne'a z kolegami: jakie rozwiązanie, taka tajemnica. W tym tkwi geniusz, ludzie, a nawet jeśli nie, pozycja mątw showbiznesu się należy. Bo nie wiem czy przejrzystą jest ironia noża w krtań podczas wiązania kosmosu do nogi.)

Po tłustych stuleciach sukcesów Flaming Lips ostatecznie ukazują jak nagrać najgorszą płytę od trzynastu lat i pozostać na taborecie. Wydali w końcu swoje Hail To The Thief (tylko lepsze) i niewiele stracili, bo przecież jeżeli nikomu nie zdarza się nagrać dzisiejszymi dniami klasycznego albumu, nie muszą tego robić również oni. Postawili na modulacje Fridmanna i stereoidy pierwszego sortu, czyli audiofilski ukłon w stronę audiofilstwa, niewiele więcej ponad logiczną konsekwencję poprzednich wyziewów. Bas nadal kreuje się na puchar narodów w byciu chwytliwą magmą. Z pozycji implodujących gwiazd pozwolili sobie na upadek, stąd dwa pierwsze utwory to pomyleńcy, nieczyste słabizny. Trzeci track dopiero nabiera uwagi, tworząc flow Yoshimi, z czasem korzystając z dorobku prawdy i szczerości Soft Bulletin. Będziecie o tym pamiętać z każdą ingerencją Acrobat Readera w stabilność systemu. Może należy się więcej, co jako niekompetentny reckokleta tu i wobec zaznaczam. Nie wypada jednak, słuchając samokontrolującej parodii i śmierci niesionej retrospekcją. A zgadnijcie kto jest kim, od dowolnego akapitu poczynając.

Może dla odmiany coś o muzyce zawartej: At War With The Mystics jest klinicznym oraz zupełnie biegłym dowodem starości. Są kozie melodie, nieboractwo, nie skakała, Emerson, Lake i ten trzeci, siła przekazu, krytyka polityczna, kulturowa, w imię czego znowu Scott Booker. Sprzęgło się i zawróciło, co skutecznie utrudnia zbieranie malin. Zamiast szarpnięcia kabli jest kolekcja space-popu, żeby nie wspomnieć rocka, z progiem i długiem u dostawców. Wayne nadrzuca, że "it master-slaves me". Nie ma litości, bo choć zróżnicowana struktura zawsze jest dobra przed siłownią, braki w koncentracji grożą detoksem. Uderz w nożyce.

Nienaturalnym nie jest, że atomizm w podejściu kosmologicznym, jak gdziekolwiek u późnych Lips, natrafia, nie pierwszy i nie ostatni raz, na aksjologiczne dziury. Całe życie oczekujemy aż geniusze jeszcze urosną, a dostajemy gorszą połowę dekoherencji. Wayne już nie wątpi, Wayne odcina się od narkotyków, chaosu nie było. "Mr. Ambulance Driver I'm right here beside her" znane? Znane i wymagane 8.0, choć nieco wyższy rejestr, więcej bpm-ów i byłoby postdisco-coś. A tak, jest emocjonalny wianek z życiem bólu. Gdyż ból żyje. Od teraz. JUŻ.

Mateusz Jędras    
27 lipca 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie