RECENZJE

Fisz Emade Jako Tworzywo Sztuczne
F3

2002, Asfalt 6.1

Jakiś czas temu napisałem tendencyjną, a tym samym chamską recenzję Fisz Emade Jako Tworzywo Sztuczne. Przeżyję tę kompromitację (twardym trzeba być a nie miętkim), ale nie mam zamiaru udawać, że nic się nie stało. Zrobiłem brzydką kupę. Wypada posprzątać, nawet jeśli smród już dawno zelżał i o sprawie można by zapomnieć. I tak słucham sobie teraz tej feralnej płyty i zwyczajnie jest mi głupio. Dlaczego o tym przejmującym, prekursorskim na polskim rynku materiale wyraziłem się niepochlebnie? Powód jest prosty. Podczas moich pierwszych potyczek z F3 nie potrafiłem się wyzbyć nabytego przed laty uprzedzenia do Fisza. Chciałem usłyszeć, że płyta jest słaba, i opowiedzieć wszystkim jak bardzo, co też zrobiłem.

Teraz przepraszam za tę wpadkę i informuję, że jeśli jeszcze nie zapoznaliście się z F3, to chwytajcie za nią bez chwili zwłoki. Odnajdziecie tu zarówno jazz starych mistrzów, jak i wyraźne ślady współczesnych królów elektroniki (Jan Jelinek, Gas). Microhouse'owe podkłady ("oo hello", jesteśmy w Polsce), znakomite aranżacje, smyrające po małżowinach szurania perkusji, basik, trąbka, flet, syntezatory, rzewne partie klawiszy i cudne smyki, a wszystko podporządkowane ciepłym, rozmytym melodiom. Troskliwie wygładzone przez braci Waglewskich (to bossy). Frajdę jaką daje wtopienie się ta wieloskładnikową mieszankę, trudno oddać słowami. Najlepiej więc samemu posłuchać, do czego wszystkich Was zachęcam.

No dobra smoki wawelskie. Dość już tej spuszczonej głowy. Gramy dalej.


A teraz, stara recenzja:

Fisz to ciota, czyli po staremu.

Te słowa to taka moja uproszczona recenzja F3. Jeśli znacie postać Fisza, wiecie o co chodzi, nie musicie już nic robić, możecie spadać do domu, bo choć wiosna się zaczęła, chwilami jeszcze nieźle piździ. Przez to się właśnie przeziębiłem, ale na szczęście są teraz święta, więc do czwartku mogę sobie trochę pochorować. A, jeszcze słowo wyjaśnienia odnośnie pierwszego wersu. Jest pewna grupa ludzi, która bardzo nerwowo reaguje na utożsamianie muzyka cioty z ciotą właśnie. Na co dzień nie stosuję takiego rozróżnienia, bo według mnie jest to sranie w przysłowiową banię. No ale trzeba kiedyś wreszcie zacząć wyrastać z krótkich spodenek, więc niniejszym ogłaszam, że na czas tej recenzji odstępuję od wspomnianej reguły. Pomijam zatem refleksję nad postacią Bartka Waglewskiego i niezwłocznie kieruję swoją uwagę li tylko na jego muzykę.

Powiedziałby mój kolega, DJ SLK, trzeci już full-album znanego hip-hopowca niewiele wnosi do jego wizerunku. Fisz powiela chybione patenty kompozycyjne znane z dwóch poprzednich płyt (Polepione Dźwięki – 2000, Na Wylot – 2001). Mowa tu o uporczywym budowaniu sekcji na dźwięku przypominającym klaskanie, upośledzonych melodiach, niechęci do harmonii, oraz podziałach rytmicznych inspirowanych murzyńskimi modlitwami o deszcz. Samo brzmienie – taki free-reggae-jazz podrasowany muzyką etniczną – też irytuje. A to dopiero wstęp, bo przecież prawdziwa żenada zaczyna się wraz z pojawieniem się wokalu. Zaprawdę sam Marcin Cecko nie powstydził by się tak burackich tekstów. Żeby nie pozostawać gołosłownym rzucę cytacik z singlowego "Dynamitu": "Ty wielki specu od reklamy / Zareklamuj miłość jak dynamit / Która wleci oknami / Drzwiami / Po promocyjnej cenie / Ja mam dynamit wypełniony miłością / Ja mam dynamit trzy dwa jeden pal". Przypomnijcie sobie jeszcze manierę wokalną Fisza, jego klasyczne "acha" oraz nieskrępowane rytmem zaśpiewy w typie "la la la lalalalaj", czy "ło lalala la la" i wiecie już, dlaczego nie lubię muzyki tego człowieka.

No, ale nota 4.2 to nie tylko nagroda za fajną okładkę. Wbrew temu, co do tej pory powiedziałem, projekt Fisz Emade Jako Tworzywo Sztuczne należy traktować jako krok do przodu i ogólnie najciekawszy album, jaki w ogóle udało się nagrać artyście. Fisz znacznie (!) poprawił aranżacje swoich utworów. Tu słowa uznania kieruję pod adresem Emade (notabene brata Fisza), który sprawdził się jako producent. Dzięki niemu krążek ten jest dość hojnie wypełniony dźwiękami.

Początek płyty to powtórka grzechów z poprzednich wydawnictw. Jednakże dalej natrafiamy na kilka udanych utworów. "Narkotyk", "Sznurowadła", czy "Portfel" dobrze rokują na przyszłość. Ciepłe, rozmyte melodie, kołyszące partie klawiszy, nostalgiczny klimat. To są naprawdę spoko kawałki. Zupełnie jak nie jego. Słucha się ich z przyjemnością i nawet teksty są tu znośne. Dalej można jeszcze wyróżnić dwa fajne, instrumentalne skity, a na zakończenie (po kilkunastu sekundach ciszy) mamy "Polityki". No i znowu bit tragedia, a tekst z przesłaniem – "Polityki / Wredne gęby polityki / Nie dotykam / Nie tykam wrednej gęby polityki / Byliście na lekcjach demagogii / Nie byliście na lekcjach myślenia" – pozostawiam bez komentarza. Tym samym Fisz ostatecznie udowadnia nam, że pozostaje ciotą, a sprawę F3 można uznać za zamkniętą. Wyrok wydany a ja lecę wziąć lekarstwa.

Jacek Kinowski    
27 kwietnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie