RECENZJE

Fire-Toolz
Drip Mental

2017, Hausu Mountain 6.1

Oto przed wami płyta, która mogła powstać tylko w 2017 roku. Jej filozoficzny i estetyczny szkielet jest bowiem nierozerwalnie związany z trendami ostatniej dekady. Niemal każda sekunda na Drip Mental ilustruje obsesje oraz fobie człowieka XXI wieku. To muzyczny manifest traktujący futuryzm jako doktrynę fatalistyczną. Dźwięki skonstruowane przez Angel Marcloid każą nam spoglądać w przyszłość z ellisonowską trwogą. Stworzona z opadów współczesnej popkultury przepowiednia, uderza we wszystkie czułe punkty miłośników cyberpunkowych katastrof. Przez prawie godzinę kultura memowa, vaporwave, industrial i teoria gender biorą udział w dekadenckiej orgii i na naszych oczach płodzą groteskowe bękarty ery technofetyszyzmu.

Spektrum zainteresowań autorki projektu Fire-Toolz budzi skojarzenia z propagowanym przez Nicka Landa akceleracjonizmem. Jednak w przeciwieństwie do brytyjskiego myśliciela artystka nie podziela jego optymizmu wobec cywilizacyjnego progresu. Dobiegająca z głośników kakofonia reprezentuje gwałtowne zmiany, na które ludzkość nie jest przygotowana. Amerykańska eksperymentatorka udowadnia, że żyjemy w epoce nieustannych aktualizacji, niemożliwych do kontrolowania i powstrzymania. Nagromadzenie sampli i połamanych rytmów wprowadza uczucie dezorientacji będące naturalną reakcją na transformującą się z dnia na dzień rzeczywistość.

Specyficzna budowa zawartych na albumie utworów nawiązuje do problemu informacyjnego przeciążenia. Nawarstwienie dźwiękowych atrakcji przegrzewa zwojów mózgowe, niczym gigabajty danych przyjmowane codziennie przez użytkowników internetu. Marcloid flirtuje z pojęciami trans- i post-humanizmu, sugerując możliwość całkowitej asymilacji z cyfrową maszynerią. Postawiona zostaje teza mówiąca o tym, iż kolejnym logicznym stadium naszego rozwoju będzie przekroczenie granicy pomiędzy człowiekiem, a robotem.

Najnowsze dzieło Fire-Toolz nawiązuje również do odkrywania tożsamości płciowej i seksualnej. Określająca się jako transseksualistka artystka wykrzykuje strofy genderowej poezji w takt podkładów przywołujących cyberpunkową apokalipsę. Na szczęście jej wrażliwość nie pozwala na spłycenie tematu i sprowadzenie go do poziomu debaty u Billa Mahera. Wypluwane przez nią słowa mają więcej wspólnego z emocjonalnym krwotokiem, niż dokładnie przygotowanym przemówieniem na konferencji prasowej.

Trochę jednak szkoda, że jest to płyta oferująca raczej jednorazowe doznania. Po trzecim i czwartym odsłuchu szok mija i siła rażenia odrobinę słabnie. Wina leży po stronie radykalizmu środków wyrazu, na dłuższą metę potrafiącego porządnie zmęczyć ucho. Można się również przyczepić do ograniczonej daty ważności, albowiem recenzowany produkt to gadżet pewnej epoki, niemający w sobie uniwersalności ponadczasowego arcydzieła. Natomiast trzeba ten longplay pochwalić za wyjątkowo trafną wiwisekcję milenialnych realiów. Warto więc (przynajmniej raz) wcisnąć play i pomyśleć o końcu świata, zbliżającym się w towarzystwie instagramowych hashtagów.

Łukasz Krajnik    
27 lutego 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie