RECENZJE

Fire Theft
Fire Theft

2003, Rykodisc 4.5

A ja znów o klipach.

Sunny Day Real Estate dorobili się jedynie dwóch teledysków. Swoją wizualną surowością dobrze oddają one brzmienie tej arcyważnej kapeli z pamiętnych czasów Diary (już o tym wspominałem, jeśli pali was niepewność co do definicji "emo", ten album jak żaden inny poda wam ją obnażoną na błyszczącej tacy, wśród samych frykasów zresztą). Z pogrążonego w otchłani szarości, przepełnionego nieprzyjemnymi formami i kolorami ekranu, wybija się chlubnie postać Jeremy’ego Enigka. Podnosząc brwi przy zamkniętych oczach koi on swoim (nieco enigmatycznym, prawda?) timbre. Nie tylko głos daje świadectwo jego wrażliwości, ale i każdy ze skąpej ilości wykonywanych przed kamerą gestów czy ruchów. Nawet sposób ubioru nastraja mnie przyjacielsko, słowo daję. Gdy przymkniemy uszy na – zacnie chędogie przecież – ciągi nut szyte przez resztę zespołu, przed oczami zjawia się pytanie: "Co on wśród tej zgrai robi?". Ta zgraja to: perkusista, walący w gary jakby najadł się szaleju (heh), włochaty gitarzysta oraz nijaki właściciel basu. Nic do tego składu wyraźnych lekkoduchów nie mam, ale skryty Enigk zdawał się pasować do nich jak pięść do oka. Co prawda współpraca wokalisty ze współ-członkami musiała iść "nie takim złym" torem, bo po Diary kolesie (gwoli ścisłości z nowym basistą) stworzyli nic innego, jak How It Feels To Be Something On (huh). W końcu jednak trafia do naszych rąk album, któremu bliżej do solowego projektu Enigka, choć nie tyle formą, co zawartością.

Fire Theft to tak naprawdę nic innego jak trzy czwarte oryginalnego składu SDRE (gitarzysta spielt nicht mehr). Opierając się na braku informacji, długo można self-titled projektu traktować jako kolejną (po Return Of The Frog Queen z 1996) solową doróbkę "na boku" samego Enigka. To jego melancholijnej postaci wydaje się tych kilkadziesiąt minut najbliższych, choć okrojony skład skutecznie kontynuuje brzmienie Sunny Day Real Estate; wprowadzone kosmetyczne zmiany to na dobra sprawę niemal bierne jego przedłużenie. Niemożliwym byłoby wskazanie konkretnego kierunku tych poczynań, bo taki zwyczajnie nie egzystuje. Przyczepiłbym się do tego, gdyby album nie skupiał w sobie poważniejszych win.

A skupia – zacznijmy od tego, że melodie duetu Enigk-Goldsmith utraciły wydatnie na wartości, sprawiając wrażenie, jakby były pisane na specjalne zamówienie wielkich wytwórni (krążek wydał skromny Rykodisc). Tym jak wiadomo zależy, by towar zadowalał jak najwięcej grup, od powiedzmy nastolatki po dajmy na to oficjalnego słuchacza niezal (mam na myśli choćby takiego grającego na gitarze oblepionej plastrami). Niekoniecznie identyfikuję się z nastolatką, dlatego obecna na Fire Theft sztucznawa ckliwość, choć obecna na skalę nieco inną niż w przypadku ostatniego (tego akustycznego) śmiecia Freda Dursta choćby, to jednak moje wskaźniki migają czerwonym alertem tu i ówdzie. "Tu" to gitarowy patos przelewający się wraz z wersem "Falling in love with you" z "Rubber Bands"; za "ówdzie" uchodzić może właściwie każda wolniejsza składowa krążka, poza rzeczywiście wzruszającą "Sinatrą" w końcówce płyty. Nieco uwypukla tę cechę albumu fakt delikatnego zdziadziania głosu Enigka. Nie jest to jeszcze chrypiący jak (dzisiejszy) Tom Waits mędrzec z piękną brodą, której chaszcze można miętosić łapskiem ku uciesze prawnuków, ale już pierwsze wejście wokalu w openerze "Uncle Mountain" powinno fanów odrobinę zaniepokoić.

Poważną chorobą piosenek byłych członków Sunny Day Real Estate jest również zatrata ich indywidualności. Gdy wklepiesz w status gadu dajmy na to "The Prophet", już po chwili posypią się od znajomych "he he wiadomo!" czy też "właśnie odkryłem, że jakiś bej ma moje How It Feels!". Wynika to po części z wielkości tego krążka, ale genezą jest również i fakt, że tam poszczególne kawałki ryją nasze zwoje osobno. Dziś wystarczy rzucić tytuł i zaraz rodzą się rozmyślania: a to o wokalu Enigka, a to o sławetnych murzyńskich zaśpiewkach wstępu.

Fire Theft jest natomiast substancją całkowicie rozmytą, zlewającą się w jedną, nie najmocniejszą na świecie, całość. Założę się, że nawet gdyby wszyscy wpisani na liście moich kontaktów posiadali ów album, na hasło "Backwards Blues" odzewu bym się nie doczekał. I to się tyczy całego krążka. Nie pomagają silnie odciśnięte ślady zagmatwanych węzłów songwriterskich z dawnych lat SDRE. Ten bardzo równy zestaw rockowych przeciętniaków deprecjonuje najbardziej właśnie senna płaskość, doprowadzająca do zmęczenia topornością gitar i wydatnie obniżająca ocenę. To niesprawiedliwe, bo trudniej napisać trzynaście podobnych niezłym polotem hooków, niż dajmy na to pięć dobrych, dwa świetne i sześć wyraźnie słabych. Ale to do takiego modelu płyty potencjalnie będę może i powracał. Tym bardziej te słowa należą nieuchronnie do ostatnich poświęconych na łamach Porcys formacji jaką jest Fire Theft.

Jędrzej Michalak    
10 lutego 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie