RECENZJE

Fiery Furnaces
Rehearsing My Choir

2005, Rough Trade 1.9

Zaobserwowałem ciekawą prawidłowość jeśli chodzi o mój stosunek do dzieł Ognistych Pieców (brzmi jak polandowa rockerka, nie?). Otóż przy każdym ich kolejnym wydawnictwie mam mniejszą przyjemność ze słuchania. Debiut Gallowsbird's Bark dostarczał popowej frajdy muzycznym intelektualistom, którzy zjedli zęby na avant-rocku typu Beefheart, choć nie pogardzą też Białym Albumem. Nieporadnością krytyków jawiły się próby kwalifikowania tych wyrafinowanych, post-bluesowych anty-songów do armii garage-revivalowców. Katowałem płytkę strasznie, i choć dziś parę tracków bym skipnął, to wciąż doznaję na lekkości. Blueberry Boat więcej zawdzięcza legendarnej formie, niż właściwościom materiałowym, aczkolwiek ten pomnik porządkowania chaosu w czasie rzeczywistym wpisał się do annałów na własnych prawach, jako rzecz cokolwiek bezprecedensowa i wywołująca rzadki dziś grymas przerażenia na buźkach znawców, którzy słyszeli już wszystko. (A może nawet – drobna nadinterpretacja? – wiarygodnie oddająca stan "nieogarniania", charakteryzujący naszą netową epokę.) Zaiste inicjalne zetknięcie z ogromem wątków tam zawartych okupuje czołówkę moich przeżyć tej dekady, choć im dalej w las, tym mniej chciało mi się do nich wracać. Wreszcie kolekcja singli – z definicji powinna stanowić najatrakcyjniejszy punkt programu Fierysów. Racja, na papierze któżby nie docenił krótkich numerów zespołu, lecz w praktyce paradoksalnie nużyły manieryzmem bardziej, niż Boat.

Co przywodzi nas ku Rehearsing My Choir. Pamiętam, jak w liceum kolega buntował się kiedyś publicznie przeciwko hajpowi odnośnie "God Is A DJ" Faithless, argumentując: "Nie kumam, o co wam chodzi – gada ktoś na tle jakichś brzęczeń, i co w tym niby jest". Otóż to. Ja doceniam, że wolność artystyczna, że familijne spotkanie, że babcia, że retrospektywa, że stąd huśtawka narracyjna etc. Tylko – obawiam się – nie bardzo coś z tego sensownego wynika, milusie. Dla kogoś ten ambitny projekt mógłby być oczywiście wielopiętrowym interpretacyjnie labiryntem znaczeń, osnutą wokół Chicago nostalgiczną podróżą wstecz tudzież prekursorską pracą na temat wykraczania poza stereotypy w muzyce rozrywkowej. Dla mnie: jacyś ludzie gadają na tle jakichś brzęczeń. Sorawa, no. Jestem za eksperymentem w każdej ze sztuk poniekąd, ale "strumień świadomości" nie zawsze oznacza monolog Molly, a z nieskrępowanego podejścia do materii grania nie musi od razu wyrastać Trout Mask Replica. Za wyjątkiem kilku chwil w 7 kawałku, gdzie Eleanor czaruje swoim głębokim głosem, z trudem da się tu znaleźć muzyczny moment zaczepienia. Poczekajcie, przecież oni mieli być Carpentersami na miarę XXI wieku (nawet wyglądają podobnie), a nie trudnym do przebrnięcia, słuchowiskowym misz-maszem! Miło wiedzieć, że po tym skrajnym wybryku E. i M. wrócą teraz ponoć do piosenkowych spraw, bo jeśli wspomniany w pierwszym zdaniu trend miałby się utrzymać, to nadchodzące Bitter Tea wyłączę pewnie w połowie.

Borys Dejnarowicz    
2 marca 2006
BIEŻĄCE
TuzzaMoon Mood (EP)
HelmChemical Flowers