RECENZJE

Fiery Furnaces
Gallowsbird's Bark

2003, Rough Trade 6.9

Jeżeli właśnie staracie się zaznać ukojenia po świątecznym obżarstwie, to Fiery Furnaces oferują wam nietypową alternatywę. Zamiast popijając gorącą herbatę polegiwać z tym rozdętym brzuchem, rodzeństwo Friedbergerów proponuje zwariowaną imprę w wybudowanym własnymi rękami, drewnianym schronisku pełnym najbardziej odjechanych atrakcji. Położone pośrodku najdzikszego z dzikich borów boru, wypełnionego aż po swój skraj najdzikszą z dzikich zwierzyn zwierzyną kusi swą odmiennością, zapraszając do odwiedzin i wspólnej zabawy. Zabierzcie ze sobą koniecznie jakieś instrumenty, bo gwoździem programu będzie wspólne nagrywanie. Może też jakieś płytki zapakujcie (zupełnie bez ograniczeń, tylko niech nie zabraknie klasyki z Fab Four na czele!), to w przerwach pokatujemy. A nuż na bieżąco wpadnie nam do głowy jakiś motyw który po odpowiednim spreparowaniu da się gdzieś wpasować. Traktujemy dźwięki jako materię którą można dowolnie modyfikować, o ile w efekcie dostajemy coś co ma ręce i nogi – pop mówiąc ściślej. To będzie prawdziwy melanż pod znakiem rockowej wyjebki – wbijajcie.

Wprawdzie w drodze stawicie czoła mięsożernym roślinom, będziecie się przedzierać się przez zastępy skarłowaciałych drzew, przeskoczycie ponad bezkresną przepaścią, ale wreszcie z pewnością ujrzycie wyblakłą od wichru i deszczu, a magicznym sposobem wciąż idealnie czytelną mapkę z podobiznami wilka i kozicy na pierwszym planie. Dalej niech nie onieśmielą was przysiadła na okapie mądra sowa, przechadzają się nieopodal, lśniąca jak jedwab brunatna kuna, imponujący porożem łoś, zdziczały baran, ani nawet mityczny jednorożec, pradawny jaszczur czy nieślubny syn jastrzębia i pterodaktyla. Nie zrobią wam krzywdy. Ta otoczka wprowadzi was w klimat dziwności, który oddamy też w zdobiącym album artworku. Podkreśli nasze oderwanie od szarości dnia codziennego, utartych konwencji i takich tam. Hehe, a co?! Stać nas na ekstrawagancje. No, wchodźcie już do środka wreszcie, pora razem coś zagrać.

Układ taki, że śpiewa cały czas Eleanor (no, raz w "Inca Rag / Name Game" brat pomoże), która też równolegle będzie wycinać cudeńka na swoim wiośle (skumajcie jak kapitalnie posługuje się kaczką). Pianino obsługuje Matthew, on też jako multi-instrumentalista i spec od wszystkiego służy radą na wypadek wszelakich problemów. Wy macie tylko słuchać uważnie co i jak grać, no a potem to grać. Setlisty leżą na skrzyni w lewym rogu pokoju, ale i tak będziemy wszystko sto razy powtarzać. Może wydaje wam się, że wyjdzie z tego niezłe gówno, ale spokojna głowa. Wszystko jest rozpisane, harmonie się przegryzają, motywy zazębiają, a wrażenie miszmaszu, lekkiego chaosu i ogólnie garażu są jak najbardziej pożądane. Chcemy usłyszeć trzask adaptera, odetchnąć powietrzem lat sześćdziesiątych, poczuć piasek w zębach – no wiecie przecież o co chodzi.

Albo może jeszcze parę słów o konkretnych kawałkach, to zorientujecie się lepiej czego od was oczekujemy. W "South Is Only A Home" macie słuchać jednostajnego łomotu w bębny, gorączkowej linii klawiszy, no i wokalu. Improwizacje na gitarach też przydzielone, wam zostają wariacje na tym co macie. Proste prawda? Hmm, z takich nietypowych, nie zdziwcie się przy "Leaky Tunnel". Mamy tam, taki jebaniutki efekt, melodia podobna do tej z „Danger! High Voltage” Electric Six, może kojarzycie. Szczeki wam opadną jak materiał dance-punkowy doskonale sprawdza się w aranżacjach sprzed czterech dekad. Zresztą wszystko tu się sprawdza. Blues, folk, garage rock, jazz – wszystko. Heh, ma się ten talent – to znaczy Fiery Furnaces mają, bo ja tu jestem tylko narratorem. W "Don't Dance Her Down" Matthew ma taki genialny, na maksa fankujący bas, ale ktoś musi grać jednocześnie na pianinie, jakoś się zamienimy może. Nie wiem czy każdy słyszał jedną z naszych ulubionych kapel, Sleater-Kinney. Najlepiej jak wam puścimy parę fragmentów z One Beat, bo podobną perfekcję chcemy uzyskać w "Crystal Clear", a jest szansa, bo kompozycja wymiata.

No dobra, jakoś się jeszcze dogadamy. Zresztą wszystko wyjdzie w praniu. Skoro nie ma pytań, to zaczynamy. Włóżcie w to trochę serca, a wyjdzie coś naprawdę świeżego. No już, chwytajcie za sprzęta, tylko bez przedszkola proszę. Ktoś musi grać na basie, ale potrzebujemy też osoby do potrząsania dzwonkami, cymbałek, a nawet do klaskania. To żaden obciach! Perkusja jest zajęta: pomoże nam znajomy (Ryan Sawyer). Jedziemy. Gallowsbird's Bark (Szczek Szubienicznika?!) musi trafić do sklepów przed końcem roku.

Jacek Kinowski    
27 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja