RECENZJE

Fiery Furnaces
Blueberry Boat

2004, Rough Trade 8.1

- Dziadku, co w takim razie polecisz zamiast przereklamowanego White Stripes? No chciałbym jednak liznąć co nieco z nurtu garażowego.
- Wiesz, nie zaprzątaj sobie tym głowy. Mój typ na 2060: Fiery Furnaces. Też rodzeństwo, ale przy nich White'owie przypominają konstruujących przekopki w piaskownicy starszaków z przedszkola dla dzieci specjalnej troski. O ile kapitalny debiut wchłania się przez skórę, z tym sofomorem-gigantem jest pewien problem. Lubisz operę?

Siedziba firmy Discipline Global Mobile, godzina 9:50

- A właśnie, Robercie. Wiele osób brzęczy coś o tym, że Fiery Furnaces zmierzyli się z formułą prog-rockową, ale wprowadzili tyle melodycznej i stylistycznej świeżości, że właściwie rozsadzili ramy tego gatunku. A może odwrotnie to było? Przeobrazili ożywczy jak morska kąpiel w upalny dzień pop w intelektualne wyzwanie?
- Stawiałbym na to drugie, choć można dyskutować. Z jednej strony, kwestia zaindeksowania utworów. Rozdrobniliby rzecz na trzydzieści małych tracków powiedzmy i nagle zamiast o prog-rocku ludzie mówiliby o współczesnym Double Nickels. Iluzja formalna. Z drugiej to rzeczywiście nie jest zbiór tysiąca osobnych tematów, one przenikają się w obrębie jakiegoś większego przedstawienia, gdzie sceny zmieniają się szybciej niż jesteśmy w stanie zakonotować.

RECENZENT A: Za dużo, za dużo, za dużo, za dużo, i mówiąc "za dużo" nie mam bynajmniej na myśli stężenia fantastycznej melodyjności Satanic Panic. Mam na myśli przytłoczenie objętością, zawalenie gruzem, spod którego nie da się wygramolić i wcale mi się ten gruz nie podoba.
RECENZENT B: Kurwa. Oprócz objętościowego *ogromu* materiału to jest wszystko oparte na jakimś montażu kontrastów i rekontekstualizacji totalnej. Nic właściwie nie zapowiada objawienia cudownej szlachetnej melodii na wysokości czwartej minuty powolnie kroczącej lekko teatralnej ballady folkowej w nietypowej fortepianowo-efekciarskiej aranżacji "Mason City". Dublujący tę melodię gwizd wprowadza na ułamek sekundy metafizykę. Przewija się jeszcze później, ale ni chuja nie chcą jechać z tym koksem, natchnieniem jakimś. Uciekają od łatwizny i za chwilkę koncentrują się na mniej atrakcyjnych zagadnieniach. Twardy pan jest. Jarku, Mateuszu. Wrzuciłeś wszystko bez opamiętania, potrząsnąłeś, zamieszałeś. Awangardowo-eksperymentalne wytoki sąsiadują z najbardziej rozpierdalającymi tune'ami tego roku albo porywającym Gallowsbird-owym blues-popem. Złamałeś wszystkie możliwe reguły i nie masz wstępu do pracowni komputerowej. Zapraszam za trzydzieści lat.
RECENZENT C: Yhy, ale nie ale nie ale nie. Doznałem! Natłok pięknych melodii, moja drużyna. O co wam w ogóle chodzi? Nie masz Pan prawa złego słowa powiedzieć.

- Z trzeciej strony nie dostrzegam żadnego rozwoju w strukturze tych kompozycji, narastającego napięcia, dążenia do kulminacji, finału. To jak oglądanie przemieszanych slajdów z wakacji. O, a tu Matthew przy komputerze próbuje sklecić świszczący elektroniczny podkład rytmiczny i wychodzi mu ociężałe gotyckie elektro. Tu za fortepianem komponuje etiudę, tu laska entuzjastycznie karmi nas psychodelicznym bluesiakiem, swamp-songami. Friedbergerowie razem polewający się z wplecenia motywu z taniej operetki obok podniosłych łkających partii smyków. Zabawa przejesz to była jeny.

Kończ już.

"Nałłacja" – to chyba w ogóle słowo klucz tutaj, pławda? Łozczłonkowanie na niezliczoną ilość kłótszych odcinków wykorzystujących pewien mniejszy zbiół wątków, czy jednak łozłośnięte płog-popowe poematy podążające przed siebie według pewnej koncepcji? Chyba dałoby się znaleźć przykłady przemawiające za piełwszą ewentualnością – kiedy kolejne łozdziały miast gładko kontynuować łozpoczętą intłygę, inicjują zupełnie nową histołyjkę, w efekcie przeładzając się w dziki genłe-hopping.

Od: matti
Data: 13 Lipca 2004, 15:08
Do: modern_composers@powazka.onet.pl
Temat: zestawienie formularzowe

to wszystko co znalazłam – robocze wersje kilku utworów. (niestety wersji po korekcie nie posiadam) i wstęp do kolejnego. (wysyłam z konta brata)

Wypełnij poniższy formularz:
1. Skomponuj dziewięciominutowy utwór łamiący konwencję muzyki popularnej. Ma to być luźno skonstruowany numer, napisany kreatywnie / z poczuciem humoru i swobodą, ale jednocześnie wyczerpujący od strony merytorycznej.

Dobra kłonie, weźmy kawałek tytułowy. Najpierw strumień świadomości: ciąg drobnych impresji sięgających w rejony groteskowo podanych eksperymentów z zakresu muzyki współczesnej, a później właściwie dekonstrukcja – jeden temat ubrany w kilka odmiennych aranżacji, aż przy dziesiątej stylistycznej inkarnacji stracicie z oczu jakąkolwiek myśl spajającą narrację. Jeśli takowa w ogóle tu istnieje, bo do tej pory mam trudności. Podobnie przepoczwarzenia "Chris Michaels" – czy to są oddzielne miniaturki, czy wyjątkowo obleśne interludia? Ugh, pomyśleć, że muszę w tym śpiewać, ale ostatecznie dobrze się stało. Ponoć zarażam pasją. No raczej, skoro wytrwale i z taką ochotą zdzierałam gardło na te przytłaczających rozmiarów eseje liryczne, przypowieści, humorystycznie podane anegdotki (zajebiste na marginesie), które braciszek wysmażył, lepiej żeby się to opłaciło.

1. Czy Blueberry Boat to dla ciebie:
a) Eksplodujący, rozbudowany bukiet apetycznych łakoci, demonstrujący nieosiągalną dla nikogo umiejętność przyswojenia piętrowych struktur narracyjnych;
b) Absurdalnie przesycone dzieło, którego nie łapię, ale kumam, że zwiastuje nadejście nowych form wyrazu i rewolucji w muzyce popularnej oraz stanowi świadectwo odmiennej wrażliwości twórczej;
c) Zagubiłem się w czasie, odwróćcie czas policjanty. Things aren't crystal clear anymore;
d) Dla mnie po prostu, no ja po prostu ten. No jakbym na przykład gdzieś był, ten no ten, to bym się po prostu bardzo mi, ten no, to od razu bym się podpisał, po prostu, że jestem przykładowo, chciałbym być, żeby była po prostu. No, uważam która po prostu, no. He. Naczy, po prostu, jakby mi ktoś zadał pytanie, po prostu, gdzieś zagranicą, czy ten, to bym się wcale powiedział że ten, jaką no po prostu, jak w tych czasach, przy tym, po prostu, wszystkim tym, tego wszystkiego tym, tym, tym, jak jej się jej udało po prostu, no...

Panie Turek, kończ Pan.

Droga Redakcjo,

Dzisiaj nabyłam na bazarze u nas na wsi egzemplarz Blueberry Boat Fiery Furnaces. Jeżdżę co tydzień do stolycy, gdzie wszyscy nie mogą się tych Pieców Ognistych (wiem, bo się trochę anglika w podstawówce uczyłam) nachwalić. Płytkę posiadam już od dobrych kilku miesięcy, ale dopiero teraz postanowiłam się z nią na spokojnie rozliczyć, ponieważ na początku zdawała się przerastać moje skromne możliwości percepcyjne. Właściwie nadal tak sądzę. Ale abstrahując od tej kwestii, chyba mimo wszystko niektóre fragmenty średnio się bronią. Nie że trudne. Nie podobują mnie się po prostu. Takie "Paw Paw Tree" – mozolnie prowadzona fraza reanimowana zgrzytliwymi urywkami drapieżnych solówek gitarowych i pisków, zupełnie takich jakie wydają zawiasy w drzwiach od naszej stodoły, co to ich Maryśka zapomniała naoliwić, tyle że jakby zrobione w tym białym pudle, które widuje u Piotrka na biurku jak się w stolycy zatrzymuje. I właściwie nic z tego nie wynika. Żmudne jak flow pana Władysława.

Ale z innej znowuż stłony odnajdziemy mnóstwo fłagmentów potwiełdzających długą opcję. Jak na przykład w "Chief Inspector Blancheflower", kiedy po siedmiu intensywnych minutach zaczynają łozbrzmiewać sola, pałtia fołtepianu odświeża w wolniejszym tempie wcześniejszy pomysł. Czujemy wtedy, że jest to pewnego łodzaju "fabulałny" łącznik, posiadający funkcję, łealizujący zamysł. Podobny lejtmotyw skleja "Spaniolated".

Turku kończ ten mecz!

Komisarz Gwara stanął nad zwłokami. Żadnych wyraźnych śladów zbrodni na pierwszy rzut oka nie dało się zauważyć. Wtem dostrzegł leżącą na dywanie, otwartą w przypadkowym miejscu książkę. Było to tanie wydanie w miękkiej okładce; Homer, Odyseja, strona 116. Odruchowo zaczął czytać.

"Przybywszy na Itakę Komandor Odys zastał wszystkich zalotników martwych przy stole. Telemach zapuścił Blueberry Boat do obiadu. W murach pałacu rozległy się surrealistyczne komputerowe podkłady odsyłające klimatem do pionierskich elektronicznych produkcji. Drobiazgowe dzwoniące ilustracje kontrastowały z zabawnie odgrywanym przez Friedbergerów mini-dramatem w siedmiu aktach. Podobne baśniowe obiegi czarowały nieziemską osnowę dla rymowanek i teatralnych przyśpiewek "Birdie Brain". Hipisowskie tchnienie "we will live forever and you know it's true" powróciło w intro "Spaniolated", ubrane w brzmieniowe eksploracje spod znaku Olivia Tremor Control. Błyszczały ponadto elementów fridmannowskich dopatrzeć, prześwitywała nawet subtelna kolędka. Rock-opera The Who, wodewile, farsa, rokendrol 76 minut".

Komisarz zamyślił się. Przyszło mu do głowy, że ludzie ze zbyt dużym spokojem i obojętnością przyjmują niektóre wydawnictwa. Czy można sprowadzić Blueberry Boat do banałów o bogactwie i rozbudowaniu? Gdzie jakaś głębsza refleksja nad fenomenem treściowych rozmiarów. Komisarz pamiętał jak po każdym przesłuchaniu sofomora Fiery czuł się starszy o pół roku, a jednocześnie bardziej otwarty i zaprawiony w trudnym boju. Jedno było pewne: z początku obiecujące śledztwo utknęło w martwym punkcie. Trzeba iść spać, a to do kurwy nędzy nie o to przecież chodzi.

Michał Zagroba    
29 grudnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie