RECENZJE

Field Music
Measure

2010, Memphis Industries 5.7

AG: Measure przypomniało mi innego dwupłytowego Molocha: niemiłosiernie długie i przezajebiste Something/Anything Todda Rundgrena z 1972, zwłaszcza jego drugą połowę, tą bardziej lo-fi, bardziej proto-Sebadoh. Gdyby umiejętnie wmiksować jakieś jedno z drugim "Couldn't I Just Tell You" pomiędzy kawałki Field Music, byłoby to frapujące i na miejscu. Postać (pooostaaać) Todda odsyła poza tym do kolejnego punktu odniesienia dla Measure, a jest nim, jest nim, XTC. Co powiedziawszy trzeba dodać, że Siła Braci nijak się ma do mocarności starszych. Wszystko na swoim miejscu, każdy drobiazg, smyk i harmonia, ale brak Field Music substratu, na którym cała reszta mogłaby się zaczepić. Dlatego Measure pozostanie dla mnie w czołówce najbardziej frustrujących nagrań roku. Bo co to za porządki, żeby 70 minut pękało w szwach od potencjalnych łakoci, a po ich upływie nie pamiętało się nic? Najgorsze jest poczucie winy, kiedy w tych przestudiowanych, szkatułkowych, komnatowych kompozycjach słychać, że umysły Brewisów pracowały gorączkowo. A mój się tylko wychładza.

MJ: Tones Of Town była nieoczekiwanie dobrą płytą. Z wypełniaczem, ale jednak. Poprzedzał ją debiut obiecujący więcej niż nowa szminka pani w dziekanacie, a następnikował markowany hiatus, owocujący dwoma solowymi projektami. Też zresztą nieułomnymi. Z takim oto bagażem doświadczeń (w ogóle Pavement na Open'erze! Ssij to, Prago!) bracia Brewis powracają, by znów SMYRAĆ nas po rozumach. SMYRAĆ. Powracają by.

Wcześniejszy dorobek jednak rozczarowywał niezrealizowanym potencjałem – chciałoby się postawić te płytki u boku Person Pitch, Maxa Tundry czy Spoon, bo niełatwo o bardziej nootropowy songwriting. Coś niestety blokowało ich przed wstąpieniem na topy list i teraz już chyba wiemy co. Wychodząc od autorskiego, pokomplikowanego ujęcia nowej fali pisali te swoje piosenki, nakładając jedne przestrzenne minimalistyczne strukturki na drugie minimalistyczne strukturki całkiem niepozornie. O problemie możemy mówić, że jest wymierny, odkąd dostaliśmy w dłoń bezczelnie długi, dwupłytowy album, na którym nie ma już miejsca na zasłanianie się chwilowymi zwisami formy – tu wszystko jest większe i trwa dłużej. Większy jest sound, odtwarzający wszystkie rockowe inspiracje jakie im tylko przyszły. Od późnego XTC po hipotetyczną kolaborację Yes z Vampire Weekend. A solowy Peter Gabriel tylko czeka, aż będzie mógł zachłysnąć się cytrynowym Ludwikiem. Dłuższe, bardziej rozbudowane są same piosenki. Mniej zagęszczone, bardziej rozwlekłe stają się melodie. Niefortunnie, gdy tak poszerza się skala, prawie zawsze na powierzchnię wypływa niemoc narracyjna. Tak jest i tu – sory gregory, ale w zasadzie każdy numer z (Measure) należałoby napisać na nowo. Pierwsze takty któregokolwiek tracka to spokojnie materiał na siódemkę. Słabym jest dopiero, że im dalej w zawiązywany kunsztownie materiał, tym więcej nudy. Gdy boli entropia, trzeba wydawać EP-ki.

KFB: O, z tymi kolegami dawnośmy się nie widzieli, co tam się stało z nimi przez te ostatnie lata? Z tego co pamiętam Tones Of Town to była spoko płyta z całkiem sympatycznymi piosenkami, do których średnio chciało się wracać. Teraz dla odmiany dostajemy dwupłytowego molocha, którego ciężko wysłuchać w całości za pierwszym podejściem nawet przy najszczerszych chęciach. Pojawiają się odniesienia do późnego XTC, ale przecież oni nawet na płytach numer 10, 11 czy 12 mieli zdecydowanie fajniejsze pomysły niż ci bracia tutaj. Niemniej wciąż cieszy, że te piosenki Brewisów są przeważnie krótkie – skondensowana forma nie pozwala do końca się nudzić, ale i tak część materiału nadaje się tylko do zeskipowania, piszę to z bólem serca. Gdyby wykroić "część nudną" z Measure to otrzymalibyśmy całkiem solidne jednopłytowe wydawnictwo, a tak to raczej nie ma się nad czym rozwodzić. Wszystko zlewa się w zbyt nudną całość aby po seansie z tym z albumem pamiętać coś więcej poza 3-4 kawałkami. A same doznania towarzyszące słuchaniu Measure, jakkolwiek odsyłają w miłych kierunkach, tak zmuszają do konstatacji, że chyba nie do końca o to miało tu chodzić.

ŁK: Ale fajny zespół. Wchodzą po przerwie do studia i po prostu nagrywają fajne piosenki. Jedną, dwie, trzy... dwadzieścia. Ot tak, dwadzieścia popowych mini labiryntów, każdy przynajmniej sympatyczny, każdy robiący wrażenie dopracowaniem szczegółów. Jest pastoralne XTC, XTC niepastoralne, Steely Dan poprzez Super Furry Animals, niespodziewane wycieczki w strone klasyki rocka (Queen i Pink Floyd potrafią czasem wyjrzeć zza rogu). Problem jest taki, że płycie brakuje flow, wszystko to się przepycha, wpada sobie na głowę nawzajem. Urok piosenek trochę się zatraca w tej męczącej formie. No ale jednak, co za fajny zespół, nagrali sobie ot tak dwadzieścia fajnych piosenek.

Aleksandra Graczyk     Mateusz Jędras     Łukasz Konatowicz     Kacper Bartosiak    
27 lutego 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja