RECENZJE

Field
Looping State Of Mind

2011, Kompakt 6.3

Trzecie pełnoalbumowe wejście Axela Willnera zaczyna się świetnie. Tytuł pierwszego utworu po chwili od jego włączenia wygląda na pytanie retoryczne. Kolos "Is This Power" z miejsca okazuje się jednym z mocniejszych osiągnięć projektu. Charakterystycznie dla The Field, monumentalizm i pozytywnie rozumiany patos zyskują swoje lekkie, podskórnie taneczne wydanie. Dodatkowo "Is This..." mniej szumi niż większość tego, co znamy z wcześniejszych wydawnictw Szweda. Kunsztowne dopracowanie detali jest w nim bardziej zauważalne. Ale fakt, że Willner potrafi wyrzeźbić z tego swojego lodowca coraz bardziej wyraziste figurki tancerzy jest tylko jednym z paru współtworzących ten album zagrań – Looping State Of Mind dość szybko okazuje się nie być próbą stworzenia kolekcji beztroskich, endorfinowych rytmów.

Willnerowi tym razem nie wystarczyło ogranie jednego patentu i zapełnienie całego LP jego wariacjami. Podobnie jak Rajko Müller na Well Spent Youth zainspirował się niektórymi z najbardziej wyrazistych osiągnięć w elektronice ostatnich lat i spróbował zastosować je we własnym, minimalowym stylu. W pierwszym indeksie ta charakterystyka jest już potwierdzana ozdobnymi wejściami gitary kojarzącej się z Where You Go I Go Too, ale dominujący w wysokich rejestrach motyw odsyła o wiele więcej lat wstecz, brzmiąc jakby The Field remiksowało ambientowe The Voice Of Eye z Vespers.

"[...] State Of Mind", echa tybetańskich trąb (albo wuwuzeli, zależy od nastroju) – z początku można uznać, że się to wszystko jakoś razem składa, nie służy tylko zgrabnej konstrukcji słownej i zgrabna zabawa dźwiękami pozwoli odczytać się w konkretnym kontekście kulturowym. Po wysłuchaniu albumu okazuje się jednak, że Looping... nie daje szczególnej możliwości systematycznego obserwowania przebiegu procesu zdejmowania warstw, który zmierzałby do wyodrębnienia tworów owego "zapętlonego stanu umysłu". To jest wciąż dość prosty minimal techno-house, oczywiście na bogato, z naleciałościami, ale na nic metamuzycznego się nie silący. Zanikanie struktur nierytmicznych nie zachodzi w każdym utworze z osobna tylko rozkłada się na całej przestrzeni albumu. I do tego niekonsekwentnie – ale ogólnie raczej im bliżej jego końca, tym w kawałkach mniej elementów melodycznych i dronowych przestrzeni a zapętlona rytmika jest bardziej wyeksponowana.

Sama treść natomiast w zbyt wielu miejscach zawodzi. Na zrównoważony rozwój, systematyczny postęp bez eksplozji twórczych szaleństw, przemyślne trzymanie spójnej całości w ryzach i subtelne sygnalizowanie możliwych odniesień – na tę całą zgrabność – składają się trzy-cztery utwory, do których mam ochotę wracać, reszta to przyzwoite rzemiosło, ale już słabsze, mniej zajmujące. Zdecydowanie jasnym punktem jest dla mnie "It's Up There". Willner wiedział co robi odpowiadając jego tytułem na wspomniane pytanie otwieracza. Jeszcze żwawszy bit miesza się w nim z jeszcze wyraźniejszym, basowym zapożyczeniem z Lindstrøma. To jednak najłatwiejsza sztuczka z tych, które Szwed użył na swoim trzecim albumie, właściwie samograj. Kiedy ją odstawia, zaczynają się schody. Takie "Burned Out" jest nieporównanie skromniejsze i zdecydowanie bardziej zadłużone, tym razem, nie licząc sampla z przedrzeźnionego w tytule springsteenowskiego "I'm On Fire", w kruchym eksperymentalno-popowym graniu w stylu High Places czy City Center. Pod względem klasy kompozycji bliżej mu jednak do twórczości Freda Thomasa niż duetu z Brooklynu, ewentualnie starczyłoby uroku na załapanie się do jednego z wielu nielegali Atlas Sound. Nic więcej niż miły przerywnik. Następujące po nim "Arpeggiated Love", zamiast wywindować jakość z powrotem przynajmniej na pułap pierwszych dwóch indeksów rozmywa się w dłużącej się ekspozycji a wraz z wejściem wokalnego sampla staje do nierównej konkurencji choćby z czarującymi wałkami Teengirl Fantasy z 7 A.M.

Jeszcze poza utworem tytułowym Willnerowi nie udaje się wrócić na satysfakcjonujący poziom. Jednak nawet w "Looping..." nie wszystko zadowala, mimo ciekawej pętli wiodącej i berlińskiego posmaku. Potencjał błyskotliwej kulminacji w początkowo dobrze zapowiadającej się kodzie przechodzi gdzieś bokiem. W dwóch ostatnich, najbardziej szkieletowych utworach zapętlony dryf błyszczy pod względem jakości składowych: sample głosowe kilka powtarzających się uderzeń w klawisze fortepianu budują subtelny, piękny trans "Then It's White" a po-animalowe "Sweet Slow Baby" wypróbowuje – z sukcesem – wytrzymałość materiału w industrialnym motywie głównym, niewiele jednak wnosząc poza kolejnym poświadczeniem umiejętności Szweda w zakresie obróbki dźwięku. W sumie widzę, że nie poklepując nie szturcham go również – no i niech sobie dalej spokojnie odmierza i odtwarza, widać że nie trzeba mu wielkich zmian tylko więcej weny.

Andrzej Ratajczak    
22 listopada 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja