RECENZJE

Fever Ray
Plunge

2017, Rabid 5.5

Nigdy nie kumałem o co chodzi z TYM kawałkiem The Knife (nawet nie muszę go linkować, wiedząc doskonale, że wszyscy kiwają głową we wspólnym zrozumieniu – chodzi o "Pass This On"). Nie, że będę fałszywie starał się udowodnić, że mamy tutaj do czynienia ze złym, mało przebojowym utworem – jest dobry, bardzo dobry (proszę, nie krzyżujcie) – jednak nie o jego jakość się tutaj rozchodzi, ale o tę lekko niezrozumiałą dla mnie kwestię jego obecności w niemal każdym, nawet najbardziej abstrakcyjnym miejscu: mam głównie na myśli odtwarzacze ludzi, których dotychczasowych preferencji muzycznych byłem w stu procentach pewien. Nie, nie będzie tutaj mowy o jakimś pojedynczym przypadku, ale o cyklicznie napotykanym fenomenie występującym poprzez cały społeczny przekrój i wachlarz gustów spotykanych na ulicach i domówkach osób, które jakimś cudem, niezależnie od siebie – chyba siłą rozpędu viralu - doprowadziły do tego, że typ siedzący obok, składając playlistę do wódeczki, wsadza "Pass This On" obok "Wehikułu Czasu" (sic!).

Czarny koń zestawienia, tkwiący jakimś cudem w popularnym miejscu, do którego genetycznie, przez swój lekko melancholijny klimat i pośrednią hookowatość (te klawisze), nie miał prawa się dostać. Może to kwestia jakiejś irracjonalnej siły przebicia albo wcześniej wspomnianej viralowości – może też niestandardowy teledysk? Mogę stawiać sobie tezy, udowodnić nie mogę, ale przynajmniej z Plunge sytuacja staje się bardziej klarowna i jestem przekonany, że coraz silniejsze wejście w "alternatywę" oraz szersze zastosowanie szorstkiego i nieprzyjemnego dźwięku, zbudowanego na silnie zaakcentowanej sekcji rytmicznej, nie jest jedynym powodem, dla którego nie mam prawa wróżyć powtórzenia uprzedniego sukcesu.

Fever Ray, to walcząca o swoje prawa, silna, niezależna kobieta… Społeczna problematyka nie jest moją specjalnością, więc postaram się odrzeć całość z tekstowego kontekstu i jego immanentnej walki z niesprawiedliwością. Jeśli ktoś z tego powodu czuje się pokrzywdzony, odsyłam do Gzyla, który na tym aspekcie skupił większą uwagę. Zwyczajnie umywam ręce od tych kwestii, nie tylko kierowany wewnętrznym tchórzostwem przed poruszaniem się po cięższej tematyce, ale dlatego, że zwyczajnie mnie tego typu rozmyślania, zwłaszcza w tekstach, nużą. I nie byłoby problemu w moim przejściu nad tym do porządku dziennego i skupieniu się na stricte muzycznej warstwie, gdyby nie to, że płynące z niej odczucia tworzą ścisłą paralelę z wcześniej nakreślonymi, a wszystko popada – pomimo ekspresywnie szarżujących fajerwerków – w groźbę zwyczajnej nudy.

Pierwszy zgrzyt zaczyna się już na starcie wraz z brutalnym industrialnym openerem, który zraża do siebie nie tyle pomysłem czy aranżem, ale raczej zmarnowanym potencjałem i uczuciem, że gdzieś tam mógł z tego powstać świetny utwór, a tak pozostaje nam niestety obcować tylko z miłym dla ucha i zadziornym numerem. I to właśnie ta zadziorność pociąga za sobą kolejne tropy w interpretacji. Mowa tutaj o świadomości wyparowania z tego wszystkiego naturalnej, niewymuszonej electro-popowej nośności, ulatniającej się niepostrzeżenie ostatnim tchnieniem w bardzo przyjemnym singlowym "To The Moon And Back". Popowa nośność, w przypadku gdy spojrzymy na konto Fever i jej debiutancki solowy album? W końcu atmosfera radykalnie się zmieniła, a wcześniejszy smutek i kontemplacja wpadły w muzyczny dół z wapnem, zmieszanym z ironicznym uśmieszkiem i niezręczną dosłownością – najbardziej naturalnym językiem nie tylko dla prowokacyjnych treści, ale także językiem będącym sensowną podbudową pod bardziej chwytliwe momenty. Szczególnie jeśli tkwimy w sytuacji, w której jesteśmy świadkami szaleńczo – w porównaniu do poprzedniczki – narastającego dynamizmu, ogólnego tempa i hałasu, które silniej mogą współgrać z wykrzyczanymi słowami.

Nie znaczy to, że ten "mistycyzm" został całkowicie wyeliminowany. Już "Mustn't Hurry" rozpoczyna wdrażanie w to wszystko bardzo przyzwoitego world music, w zwichrowanej wyobraźni będącego sfeminizowaną ewokacją Petera Gabriela z okresu Security, z różnicą tkwiącą w przesunięciu szerokości i długości geograficznej w stronę dalekiej Azji, wraz ze wspólnotą występującą pomiędzy wydawnictwami i tkwiącą w sile zaakcentowanej rytmiki. I właśnie w tych dwóch początkowych utworach ujawniają się dwa filary, na których tkwi to wydawnictwo. Na orientalnej barwie – w oczywisty sposób dostosowanej do warunków przyśpieszonej współczesności – a także na wszechobecnym nacisku na rytmikę budującą swoim niepokojącym obliczem klimat neo-pogańskiej religijnej orgii ("IDK About You" wprost stworzony do live odjazdów). I na podstawie tej wyszczególnionej materii tworzy się kilka wartościowych utworów – takich jak bardzo sensowne zakończenie "Red Trails", dynamiczny wstęp, czy też wcześniej wspomniany singlowy "To The Moon And Back" – wartościowych utworów, z nie tak drobnym zgrzytem w postaci tego, że każdy dobry tytuł znajdzie lustrzane odbicie w numerze umiejscowionym na przeciwległym biegunie (nudny tytułowy "Plunge") wraz z najczystszą anty-perłą w postaci "This Country", który jest utworem tak złym, pełnym miernych ekscesów (z wyłączeniem lekko psychodelicznej atmosfery dźwigającej tutaj co nieco), całościowo wprost odtwarzającym historię "Pistol" ze Strangers To Ourselves, jeśli ktoś jeszcze pamięta.

I te trzy minuty najprawdopodobniej byłyby tym, co najgorsze w tej płycie, gdyby nie fatk, że krytyczne ataki z szerszego oglądu – całej płyty, a nie poszczególnych utworów – liczą się podwójnie. I tym bardziej nie mogę zdzierżyć tego, jak bardzo niewiarygodnie i irytująco Fever wypada ze swoim głosem, zwłaszcza w momentach celowo spłaszczonej do granic możliwości ścieżki perkusyjnej, w której to mocniej akcentowana staje się rola wokalu, a jeszcze mocniejszy jest tylko powstały z tego kontrast. Najgorzej bywa, gdy robi się poważnie, a głos z musu porusza się po podniosłej ścieżce wyznaczonej przez instrumentarium, przyoblekając się w kapkę tego przesadnego mistycyzmu, odwiecznego ścierania się sacrum i profanum, co u Fever kończy się metaforycznym odprawianiem liturgii kaczym głosem Jarosława Boberka – przesadną autoparodią na wszystkich możliwych poziomach.

Czy jest to zła płyta? Nie, zdecydowanie nie. Należy docenić dobrą produkcję, oryginalne i ambitne podejście – czasem działające, czasem rozkraczające się w połowie drogi. Kilka dobrych wałków, pomysłów i tym podobnych, jednak z drugiej strony nie kupuje mnie ona w pełni tak, jak z obiecującego singla powinna. W sumie mamy tutaj do czynienia z niejednoznaczną, trudną, ale z lekka przeciętną płytą, w stosunku do której nie potrafię wzbudzić w sobie jakichś cieplejszych uczuć. Obcowanie z bardziej bezpośrednią, nieco słabszą o kilka poziomów Björk*? Dlaczego nie? Jak najbardziej, ale tylko w przypadku, jeśli odczuwasz silny niedosyt tego typu muzyki. Dla całej reszty – pomijając tę płytę, obstawiam, że wiele nie stracicie.

*Lol, w ogóle porównanie typie; ale wydaje mi się, że zwłaszcza w kreacji wizerunku, mają kilka punktów stycznych

Michał Kołaczyk    
23 listopada 2017
BIEŻĄCE
Moses SumneyAromanticism
BjörkUtopia