RECENZJE

Fennesz
Venice

2004, Touch 7.4

Dowiaduję się, że jestem osobą, po której nigdy nie widać zmęczenia. Młodość. Podobno mogę sobie funkcjonować na pełnych obrotach całą dobę bez wyraźnych oznak wycieńczenia: przypuszczalnie produkowana w okolicznościach wysokiego napięcia i zaangażowania adrenalina decyduje o utrzymaniu stałej, regularnej aktywności. I wciąż z twarzy wyglądam na świeżo wypoczętego, w dodatku standardowo zagadując interlokutora. Hm. Jak? What can I say, man. Młodość. Starość. Aczkolwiek bywają dni, kiedy naprawdę, mój organizm potrzebuje snu. Błaga o sen. Teraz, gdy piszę te słowa, właśnie tak się mniej więcej czuję. W takich sytuacjach prostuję kości na łóżku i sięgam po soundscape'owe soundtracki fizycznego wyczerpania, zdolne rozpuścić ból głowy jak tabletkę musującą w wodzie. Przy odrobinie przyswajalnej jakości, abstract noise służy lepiej niż czysty ambient, bo potrafi uśmierzyć dolegliwość za pomocą fonicznego wiercenia. Pośród kandydatów do odtwarzacza są utalentowani gamonie działający na owym polu: Tim Hecker, Philip Jeck, Kevin Drumm i inni. Jednak na ich tle Christian Fennesz wyróżnia się pod paroma względami. Raz, że prekursorstwo: wyprzedził cały nurt dobre lata wcześniej. Dwa, że źródło dźwięku: zasadniczo, Christian gra na gitarze.

Jako członek podziemnej, avant-rockowej formacji Maische, Wiedeńczyk startował z pozycji wioślarza, którego zainteresowały możliwości elektroniki. Stąd stwierdzenie "odkrycia" przez Fennesza potęgi melodii w mocno dysonansowym świecie brzmieniowej kreacji wydaje się wysoce chybione. Raczej odwrotnie, Christian, zafascynowany od dawna wizjonerami pokroju Shieldsa bądź VU, kontynuuje za inspiratorami badanie potencji odpowiedniego nadszarpnięcia, rozerwania, zniszczenia struktur harmonicznych, dla pomnożenia efektu ich oddziaływania. Lecz, paradoksalnie, w tym kontekście koleje jego drogi artystycznej przedstawiają wcale dezorientującą prawidłowość: stopniowa ewolucja od poszatkowanego, chwilami prawie atonalnego, chorego sonicznego rusztowania fragmentów wczesnych krążków mistrza, Hotel Paral.lel i Plus Forty Seven Degrees 56' 37" Minus Sixteen Degrees 51' 08" lub wręcz zahaczającej o dramenbeejs stylistyki singla Instrument do bardziej poetyckich, rozmytych kolaży jednej z najwybitniejszych kontrastowych płyt dwudziestego pierwszego wieku, Endless Summer, wskazuje chyba na coraz staranniejsze dążenie Christiana w kierunku organizacji formy i śmiałość czerpania z pierwotnego hobby.

Tę najnowszą pracę, wyczekaną równe trzy lata (w międzyczasie zdarzyło się wiele kolaboracji, w tym okrzyczany comeback FennO'Berga, a także retrospektywna kompilacja Field Recordings i Live In Japan), zapowiadano nawet jako kulminację parcia ku łatwiejszemu odbiorowi i generalnej "normalności". Ustalmy wszakże na wstępie: w żaden sposób Venice nie przebija, ani nawet nie sięga pułapu przyswajalności poprzednika. Endless Summer ma ten problem, że w katalogu Austriaka tkwi odosobniona i osamotniona. To rasowy przypadek pozycji umykającej klasyfikacji w obrębie dorobku wykonawcy. Jest Endless Summer i jest "reszta Fennesza". Tamta płyta stanowiła cud, zawierając tematy rangi miłosnej "Caecilii", mnemotechnicznego "Shisheido" albo nadnaturalnej, boskiej ody tytułowej (parzyste numerki kryły te "piosenkowe" elementy) i do dziś żadnego z pokrewnych albumów nie da się przyłożyć do impulsywnego jej blasku, bo, zwyczajnie, nic nie pasuje. Fennesz nadal korzysta z uprzednio przygotowanej palety, ale tym razem różnica polega na doborze kolorystyki i nastroju: w opozycji do halucynacyjnych, wirujących w zwolnionym tempie, rozżarzonych obrazów Endless Summer, Venice jawi się nostalgicznym, szafirowym, nocnym romansem.

Więc, bądź moim lekarstwem tej nocy, Venice. Startując nabożnie z lekturą, trzeba podkreślić niezwykłą troskliwość, z jaką oprawiono wydawnictwo. Smakowity wizualnie digipack, najeżony znakomitymi fotografiami (autor: Jon Wozencroft) zajmującymi pełne strony tekturowej przekładanki, zachęca do ilustracyjnej, synestetycznej percepcji. Zdjęcie na froncie przedstawia dwie błękitne łodzie (niczym z Dziewczyny Z Perłą) na tle ogromnej szaroniebieskiej połaci wody. Przy podpisie obok, nawiedza skojarzenie z postacią Milowicza w Chłopaki Nie Płaczą i jego tłumaczeniem, że Śmierć W Wenecji zaraz się rozkręci, ale nie w tym rzecz. Sądzę, iż wobec aspektu uczuciowości (powiedziałbym, nie mieszając pojęcia emocjonalności, które zarezerwowano już dla wybranych stref rocka) tworzonej muzyki, poprzez Wenecję symbolizuje tu Fennesz słynny kanał zakochanych. Zasmucone, statyczne cienie soundu mogłyby akompaniować spływowi wzajemnie toksycznej pary lovebirds. (Tam również nagrano sporo materiału w lipcu 2003, by dokończyć robotę na początku bieżącego roku w stolicy kraju Straussa.) Tak czy inaczej, wiem, że nie będę oryginalny, ale ogólny koncept edycyjny ostatecznie udowadnia wartość przedmiotowości płyt, gdyż tutaj grafika nie tylko uzupełnia, ale jest integralną częścią zgłębiania dzieła.

W dobie małego revivalu shoegaze'u, Fennesz rozłącznie odseparowuje własny rys i nadaje mu świetnie unikalny, wychwytywalny dla każdego uważnego obserwatora sznyt. Rozpoczyna od gęstych strumieni lejącej się, kontrolowanie przetworzonej barwy syntezatora, którego poszczególne ścieżki splatają się, tradycyjnie, w polinarracyjną magmę. "Rivers Of Sand" zadziwiająco blisko do symfonicznej cyfrówki uprawianej przez aspiratorów w stylu Kopernika. Lecz modyfikując na bieżąco kontrapunkty, Christian umiejętnie rozkłada szczyty i dzięki temu podążanie za fabułą to przyjemność. Co ujmuje zwłaszcza, to przejrzyste rozplanowanie konstrukcyjne, widoczne choćby w następnym "Château Rouge". Naturalne, mamy do czynienia z dość hermetyczną, osobliwą logiką: typowo zdekonstruowaną, przekwaszoną partię gitary przerywa w środku znów zahaczające o podniosłe, poważkowe klimaty (kłaniają się ciężkawsze wstawki na drugim FennO'Bergu) mroczne intermezzo. Ale nasz bohater utrzymuje potrzebną równowagę i inteligentnie kreśli sensowny przebieg utworów. Napięcie towarzyszące "City Of Light" wynika w głównej mierze z udanej opieki nad zapisem nutowym, a w dalszej z ambientowych plamek (depresyjne, stojące wwiewy, reminiscencja "19 XI").

Chropowate, charczące "Onsra" prolonguje jeden z kilku highlightów zbioru, "Circassian". Mówiąc o uwielbieniu Shieldsa, przytoczyłbym ten oto przykład. W totalnym zamgleniu repetytywnych akordów gitary nie ma teoretycznie nic odmiennego od klasyków shoegaze'u, ale jakimś trafem (podejrzewam, iż chodzi o drobne manipulacje w miksie) raz jeszcze wydaje się nam obcować z organiczną masą, mimo oczywistych przecież, niemal riffowych zjazdów. W tym upatrywałbym obsesji Christiana odnośnie zachowania tożsamości: wszak uwolnienie umysłu od fiksacji na punkcie Shieldsa jest niemożliwe. Modulująca natężenie wibracji tonu miniatura "Onsay" markuje połowę materiału. Spadające krople i oleista konsystencja konkretnych warstw "The Other Face" zasłaniają skrzętnie chowane przez prawie całe trzy minuty sedno, tę "inną twarz". Dopiero na wysokości 2:41 ewidentnie ją poznajemy, gdy przeplatany z oddali kobiecy zloopowany wokal skonfrontowano z prawidłowo ułożoną, wdzięczną harmonią. Przelatujące w stereo szumy ustępują miejsca potwornie, przerażająco wybitemu w miksie gościnnemu śpiewowi Davida Sylviana (ewenement u Fennesza) w "Transit", co wypada tyleż niepotrzebnie, co intrygująco. "The Point Of It All" wraca do snucia uroczych, refleksyjnych pejzaży o kosmicznym wymiarze.

Wreszcie, zbierając się powoli do końca, Christian siada do duetu z Burkhardem Stanglem (udzielającym się też w "Circassian") i obaj panowie zapodają istny bukiet gitarowy w perle zestawu, "Laguna". Nie mając nic wspólnego z cynizmem, wyrachowaniem i bezczelnością sędziego z Piłkarskiego Pokera, "Laguna" lewituje jak studium krystalicznej melodii, tak upragnione na krążku wypełnionym po brzegi zgrzytliwym, niesłuchalnym w gruncie rzeczy borowaniem, które mylnie i w wewnętrznej ambicji uznaliśmy za "zjadliwe". Doh! "Laguna" jest zjadliwa. Żartuję, spokojnie, ale na tym etapie (kapitalna sekwencja tracków!) uwydatnia się sens trawienia tych trzasków i rozumiemy finalnie, co to znaczy śliczna kompozycja. Dramaturgia progresji zostawia w błogim komforcie. Dopełnianie się chwytów obu wioseł, łapanie górnych septymolek i trącanie w struny bez włączania pedałów w podłodze wymiata absolutnie, mogąc z powodzeniem robić za muzyczny ekwiwalent aparycji bezapelacyjnej królowej piękności. Zabawa w dopasowanie podkładu muzycznego do twarzy dziewczyny, anyone? "Laguna" może nie być aż odpowiednikiem urody mojej najdroższej (szukajcie w rejonach 10.0 po jakichś Lovelessach raczej), ale z pewnością reprezentuje kogoś bardzo ładnego słabej płci.

Kilka sekund ciszy i świdrujący przerywnik "Asusu" prowadzi do "The Stone Of Impermanence". Tępy, czołgowy closer Venice to Fennesza trzy grosze w wątku miazgi. Jak już kiedyś wspominałem w recce Dead Cities, Red Seas & Lost Ghosts, jest to temat, który mnie bawi i sprawia mi dużo radości. Ultymatywnie, chodzi o nawarstwienie faktury hałasem do momentu krytycznego. Jak wzmiankowany "Noise" M83 czy zamykający Dreams Top Rock "Log" Pluramona, "The Stone" przez ponad dwie minuty posuwa się naprzód niczym walec drogowy, miażdżąc cokolwiek napotka, by odejść w skrzeczących digi-pomrukach. Ekscytujący haczyk jest taki, że pod tą masakrą płyną rozkoszne harmonie. I ten zabieg decyduje w zupełności o klasie Fennesza jako twórcy. Zbijając podejrzenia o popadnięcie w niemrawe harczenie bez treści, Christian dostarczył pakiet rewelacyjnych motywów i rzucił wyzwanie słuchaczowi, męcząc go niemiłosiernie utrudnioną fasadą, dręcząc swoje delikatne cacka, rozwalając je od każdej strony, jak ten Arab samochód w reklamówce Peugeot 206. Jak zwykle, trzeba dużo samozaparcia by przebrnąć w skupieniu przez gąszcze teksturalne i impresjonistyczne zaułki, natomiast śledzenie ich rezultatu pozwala zdobyć tak uzdrawiającą satysfakcję, że wiem, iż rano obudzę się wypoczęty i rześki.

Borys Dejnarowicz    
14 sierpnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja