RECENZJE

Fennesz, O'Rourke, Rehberg
The Return Of FennO'Berg

2002, Mego 7.2

"Głośna muzyka, ale całkiem do dupy – to najnowsza propozycja krajowej supergrupy". A ponieważ w tym temacie dzieje się ostatnio na naszym portaliku całkiem sporo, przyszła nareszcie kolej na moje trzy grosze. Przy tym znajduję się w zdecydowanie najlepszej sytuacji, ponieważ tercet złożony z trzech panów wymienionych z nazwiska w nagłówku to tak zwana niekomercyjna supergrupa; każdy z jej członków należy do klanu eksperymentatorskich frików. Może to oznaczać, że najbardziej chwytliwego singla z owej kolaboracji nie uświadczymy nigdy na liście przebojów, i to nawet gdyby Rehberg zaczął wywijać dupalem na teledyskach.

A właśnie, Picią nigdy się na łamach Porcys nie zajmowaliśmy, chyba że w cotygodniowych doniesieniach z domu Wielkiego Brata. O ile jednak nasza ignorancja wobec jednego z założycieli Mego nie jest niczym szczególnym, za przestępstwo uchodzić może totalna olewka "artysty wielkiego formatu", genialnego producenta, piątego członka Sonic Youth, współpracownika Jeffa Tweedy i tak dalej. W sumie trudno znaleźć usprawiedliwienie zważywszy na duży wkład O'Rourke'a w dwa zeszłoroczne wydawnictwa, jedno bardziej doniosłe od drugiego oraz parę uznanych solowych dokonań z roku 2001. Pierwsze z nich, Insignificance, nie posiada żadnych punktów stycznych z reckowanym w tej chwili krążkiem. Natomiast wydane dobre kilka miesięcy później I'm Happy, And I'm Singing, And A 1, 2, 3, 4 zawierające trzy stworzone na kompie tracki z muzyką prawdopodobnie pół-improwizowaną jest już "powrotowi trójstworu" znacznie bliższe.

Przejdźmy do sedna. Drugi owoc współpracy austriackiego oddziału żołnierzy (i)FO'RRu jest bardzo ciekawą i spójną miksturą laptopowej ściany dźwięku, szumów, scape'ów, wibrujących świstów z wydobywanymi z dna brzmieniami orkiestrowymi. Jak na muzykę improwizowaną przystało (pamiętajmy jednak, że prowadzona w ślimaczym tempie post-produkcja trwała siedem pełnych miechów!) prawie brakuje melodii, będących wyróżnikiem chociażby Endless Summer. Dam sobie rękę uciąć, że za wszystkie ładne fragmenty odpowiedzialny jest wielki Christian, aczkolwiek później mogłoby się okazać coś odwrotnego i bym teraz, kurwa, nie miał ręki. Bo tak naprawdę trudno spekulować, kto w czym maczał palce w przypadku bardzo jednorodnego stopu. Powiedzieć wam jak to było? Kolesie się najebali, rozstawili obok siebie swoje hiper-cuda nowoczesnej techniki i z grubsza rzecz biorąc – stworzyli płytę na żywo.

Było ich trzech, w każdym z nich inna krew, ale jeden przyświecał im cel. Dlatego potrójnie dużo dzieje się na The Return Of FennO'Berg w zakresie mikro-zmian, operowania przysłowiowym pierdzeniem żaby. Najmocniejszym punktem i oparciem dla całości jest kompozycja o nazwie "A Viennese Tragedy". Płaczliwy motyw pojawiający się na wysokości dziewiątej minuty nie byłby nie na miejscu na III Symfonii Góreckiego, albo jeszcze lepiej – godzinnym "Mother" z Saturnz Return Goldiego. Nie odstawałby w obu przypadkach. Cały utwór przelewa się od treści, często sprawiającej wrażenie wygenerowanej przypadkowo i bez specjalnego pomysłu, innym razem powalającej wielką urodą. To na "Viennese Tragedy" najczęściej dochodzi do głosu gatunek muzyczny zwany przez melomanów muzyką poważną. Wtopiony w komputerowo-noisową estetykę nie tylko spełnia swoją funkcję dodawania powagi, ale w największym stopniu wzbogaca album. Tym samym chciałem powiedzieć, że gdyby taką muzykę na miarę XXI wieku robiły teraz te wszystkie zdziadziałe bubki, normalnie słuchałbym ich pieprzenia. Ale żeby któryś z tych dziadków przekonał się do nowocześniejszych rozwiązań musiałby się chyba wcześniej poddać elektrowstrząsom i przystawić tubę do organów słuchowych. Za drobny mankament "Viennese Tragedy" uznaję tylko odrobinę wydumany epizod z czymś w rodzaju muzyki konkretnej.

"Riding Again" to mniej sugestywny i nie tak udany eksperyment, w zasadzie podobny w ogólnej koncepcji do "Before I Leave" z Endless Summer. Polega to na przetwarzaniu jednego, mało interesującego zestawu dźwięków w inny, analogicznie mało interesujący oraz łączeniu i rozłączaniu ze sobą sygnałów. W wyniku, odnosi się wrażenie utworu psychodelicznie poszatkowanego tasakiem i przemielonego. I również jak w przypadku "Before I Leave", mimo że jest to długa, gęsta plama na płótnie, jej żółta barwa przemawia do podświadomości w wyjątkowych okolicznościach przyrody – w słoneczny dzień rozmyty, komputerowy noise rozluźnia i rozleniwia jak podwójna dawka pavulonu. Najlepiej działa zwłaszcza w stanie półsnu.

Wątek poddawania struktury oglądowi przez szkło powiększające w uchu kontynuuje "We Will Diffuse You", najbardziej nasycony i najbardziej mikro-kakofoniczny z całego zestawu. Niegdyś Miłosz powiedział, że niespodziewanie przerywając utwór (a był to fragment z drugiej części czteropłytowego wydawnictwa Projekcts) w ciekawym momencie, Robert Fripp wręcz "zadrwił sobie z całej muzyki". Widocznie Projekctsami inspirował się tercet, bo również oni postanowili na "We Will Diffuse You" zakpić z całej muzyki. A teraz ja zażartuję sobie z całej krytyki muzycznej i skończę recenzję. Dobranoc państwu.

Michał Zagroba    
2 kwietnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy