RECENZJE

Fennesz
Endless Summer

2001, Mego 8.7

"Prosimy nie regulować odbiorników, za chwilę dobiegną nas dźwięki letniej psychodelii. Przedstawiamy Christiana Fennesza" – taki komunikat powinien pojawiać się w radiu za każdym razem przed odegraniem któregokolwiek z ośmiu utworów na nowej płycie tego wykonawcy. A już na pewno stosowne ostrzeżenie byłoby nieodzowne przy odtworzeniu – "Made In Hongkong", kawałka otwierającego najnowszy album wiedeńskiego kompozytora. Brzmi to mniej więcej tak, jakby w będącym na wykończeniu discmanie powoli siadały baterie. Jednak rozedrgane, brzęczące odgłosy nieoczekiwanie składają się w bardzo interesujące, pourywane rytmy. IDMowcy wypadają przy tym konserwatywnie.

Zastanawialiście się kiedyś, czy muzykę można opisać jedynie za pomocą kolorów? Albo przedstawiając ja w postaci konkretnych krajobrazów? Metoda ta zawsze okaże się niedoskonała, ponieważ opiera się ona na subiektywnych odczuciach –nieraz zależy od okoliczności, klimatu, temperatury, pogody, pory roku i miejsca, w którym owe dzieło poznawaliśmy. Zawsze jednak można spróbować. Płytę Endless Summer najlepiej obrazują jaskrawe i zmącone odcienie żółtego i pomarańczowego. Zmieszajmy ze sobą te dwie barwy, wyobraźmy sobie środek upalnego lata, żar, parzący piasek, słoneczny skwar, chłodną bryzę znad oceanu i przyjemny szum fal. Przez pół przymrużone powieki widać nawet rozmyte powietrze. W takich chwilach przestajemy myśleć o czymkolwiek, wtapiając się w otoczenie, stajemy się częścią krajobrazu, obrazy przelatują przed oczami w zwolnionym tempie, wszystko jest rozlazłe – pomarańczowo-żółte właśnie. Taki swoisty błogostan, moment, który w umyśle rozciąga się w czasie na okres bliżej nieokreślony wiernie odpowiada stworzonej przez Fennesza upojnej aurze bezkresu.

Noise-pop zaproponowany przez Austriaka kieruje funkcje mózgowe na tory naturalnie psychodelicznego stanu, łącząc zdeformowane dźwięki z onirycznymi melodiami. Na Endless Summer nieprawdopodobnie skondensowane brzmienie wyczarował Christian prawie wyłącznie przy pomocy własnego laptopa, natomiast kiedy już wchodzi żywy instrument, gitara akustyczna na przykład, efekt jest szokująco ciekawy i oryginalny. Tak jak w utworze tytułowym. Gitarę akustyczną słyszymy tu przez cały czas trwania piosenki, raz jest ona przesterowana, raz bardzo wyraźna, jeszcze gdzie indziej cicho pobrzmiewają w oddali struny basowe – element misternie utkanego tła. Ten ośmiominutowy kawałek składa się aż z pięciu części przechodzących jedna w drugą zupełnie nieodczuwalnie.

Do najbardziej zachwycających cech, całego nurtu właściwie, należy niebywała wielowarstwowość, mnogość pól dźwiękowej semantyki. Wydaje się, że w przypadku Endless Summer trudno w tej materii posunąć się dalej: nawet po kilkudziesięciu przesłuchaniach, płyta ta odkrywa przede mną nowe tajemnice. Nie uświadczymy tu żadnej nieprzemyślanej kakofonii, wręcz odwrotnie – bardzo często za grubą warstwą szumów i przeróżnych futurystycznych odgłosów, głęboko pod spodem kryje się zachwycająca, ponadczasowa melodia. Czasami wydostaje się ona na pierwszy plan – te fragmenty są na nowej płycie Christiana Fennesza najpiękniejsze.

Tym wszystkim, którzy wyobrażają sobie, że nie ma nic prostszego niż tworzenie muzyki przy pomocy nowoczesnych technik i w dzisiejszych czasach byle kto może sobie nagrać dobrą płytę z muzyką elektroniczną, polecam album Fennesza. Każdy najmniejszy szczegół jest tu dopracowany, każdy utwór misternie skonstruowany, każdy drobny dźwięk odgrywa jakąś rolę. Przy całym trudnym do opisania bogactwie tej muzyki, każdy element doskonale dopasowuje się do ogólnego zamysłu kompozycyjnego: nie uświadczymy na Endless Summer zbędnego szumu czy dysonansu. Trudno się temu dziwić, zważywszy że Fennesz obraca się w środowiskach twórców ambientowych. Natomiast genialne wyczucie melodii to już kwestia talentu.

Michał Zagroba    
26 grudnia 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja