RECENZJE

Fennesz
Black Sea

2008, Touch 7.1

Podobno Endless Summer to rozpalone żarem pejzaże, a Venice ilustruje wieczorną schadzkę kochanków. Podobno okładka Venice jest kluczem do zrozumienia płyty. Podobno Endless Summer to bezprecedensowa, wybitna, unikalna pozycja w katalogu artysty, podobno jest podział na Endless Summer i wszystko inne. Zanim rozpoczniemy żeglugę po Black Sea, zjedzmy kwiaty Lotosu i zapomnijmy o tym. Odrzućmy wcześniejsze opinie, interpretacje, dogmaty. Symbole starego języka uległy zatarciu i nie można już ich odczytać. Jesteśmy jak badacze hieroglifów, konkwistadorzy. Zagubiony stoję naprzeciw pól falujących łanami lap-noise, wyrosłymi na glebie delikatnych rezonansów strun gitary akustycznej oraz wielu innych dźwięków, starając się wyrobić sobie własne zdanie. Staram się mieć własne zdanie tam, gdzie najłatwiej skapitulować przed analizą. (Zamiast tego mógłbym po prostu mieć opinie albo gusta i wyrażać je na blogu, a potem toczyć polemiki na temat sądów wartościujących w grze o sumie zerowej, a nawet ujemnej).

Jestem na polu, gdzie ani bursztynowy świerzop, ani gryka jak śnieg biała i nawet Tomasz Lis nic nie możne z tego wyrozumieć, bo co to jest Zbuczyn, jaki kurna Zbuczyn. Zacznijmy od teoretyzowania w kwestii genezy: czy Fennesz rzeczywiście jest takim nowatorem, za jakiego go uważamy? Ze względu na mój ograniczony stan wiedzy nie jestem w stanie wskazać innych artystów grających analogiczną muzykę na przełomie wieków, ale to nie znaczy, że takowi nie istnieją. Ergo, czy koncepcja Fennesza była zupełnie oryginalna, czy wyrosła na gruzach najntisowego shoegaze? Przykładowo ''Made in Honkong'', otwierające Endless Summer, można równie dobrze uznać za noisową magmę przelewającą się przez strzępy gitary, jak za dysharmoniczne, poszarpane, dysonansowe shoegazowe granie. Albo implozję shoegaze od środka, jego twórcze rozpieprzenie. Więc może to właśnie rozpieprzenie shoegaze dało Fenneszowi płynną magmę, którą podlał akustyczne brzdąkanie, wyzyskując pięknie kontrast pomiędzy ściernym hałasem a melodiami? Ale czy zrozumienie znaczenia tego kontrastu, opozycji noise/melodia nie pochodzi właśnie z shoegaze? Może ten potencjał był w muzyce już wcześniej, ale dopiero postęp technologiczny pozwolił go zrealizować? A Christian jako laptopowy prymus znalazł się tam po prostu pierwszy? Co nie znaczy, że nie wymiata.

Przykro mi kochani, ale nie ma żadnego żaru lata, nie ma wieczornej schadzki kochanków. To są nasze narracje na temat lap-noise, skojarzenia na skróty, protezy, którymi się podpieramy, próbując wyjaśnić nasze zagubienie wobec czegoś, co nie ma sensu, bo jakże może go mieć, skoro muzyka jest abstrakcją, zwłaszcza taka. Letnie bzyczenie much na Endless Summer to nic więcej jak pierdzenie opornika spowodowane przepływem prądu, które za takie bzyczenie uważamy (lub jego emulacja czy inne simulacrum). I tak, zgodnie z powyższym mógłbym pójść na łatwiznę, bo przykładowo w utworze ''Black Sea'' mamy krzyki mew, tajemne, przytłumione hałasy sponad wody, frenetyczne szumy, przypowierzchniową gonitwę sztormowych fal wyrażoną niepokojącymi drone’ami, które cichną wraz z zejściem w głębinę. A w głębinie, jak to bywa, melancholijny Posejdon przygrywa na akustyku i czasem tylko mignie jakaś ryba, wzbudzając noisowy odruch wody...

Opisałbym tak płytę i byłoby super, nie dość, że kompetentnie i zgodnie z sugerowaną przez artystę interpretacją, to szast prast, robota wykonana i fajrant. Ale do motylej nogi, Fennesz od dawna serwuje nam eteryczne melodie przywalone przez szumiący, ścierny, (mikroderm-)abrazywny, abstrakcyjny, momentami okrutny wręcz noise, który nie poddaje się jednej, przeważającej interpretacji. To nie jest coś, co można sobie zanucić lub zapamiętać, a przesłuchanie kilku płyt Fennesza naraz jest fizycznym wyzwaniem. Oczywiście, wszystkie jego ''główne'' dzieła są kompozycyjnie wyrafinowane i ciekawe, po prostu w nieokreślony sposób dobre i szczerze mówiąc, nie potrafię stwierdzić pomiędzy nimi tak wielkich różnic, jakie sugerowałby dogmat prymatu Endless Summer (choć to opus magnum Fennesza wydaje się nieuchwytnie lepsze od jego wcześniejszych oraz późniejszych płyt, konkurencja przebiega dla mnie raczej na poziomie konkretnych utworów). Mimo wszystko jednak Endless Summer była pierwsza, a co za tym idzie bardziej nowatorska. Lecz do jakiego stopnia Fennesz jest nowatorem? Wracamy do punktu wyjścia.

Być może wartością twórczości Fennesza jest właśnie to, że z każdym przesłuchaniem mierzę się z nią na nowo, starając się wytyczać nowe ścieżki skojarzeń, odmienne od tych najbardziej typowych. Czegokolwiek tu nie napiszę, będzie to tylko mapą impulsów elektrycznych zachodzących w mojej głowie w zderzeniu z falą abstrakcyjnych dźwięków, która niczego nikomu nie wyjaśnia. Black Sea nie ma być podróżą po znajomej krainie skojarzeń, ale po nawigacją po niebezpiecznym, nieprzwidywalnym morzu, a ta recenzja nie ma być mapą z nazwami, ale zepsutą busolą, która pokazuje mnogość kierunków żeglugi. Wypływać można wiele razy. Bierzcie wiosła i wyruszajcie, jesteście sami, bez kapitana i załogi, bez atlasów i wskazówek. Wobec takiej muzyki każdy może być tylko samotny.

Tomasz Gwara    
16 lutego 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie