RECENZJE

Feist
The Reminder

2007, Interscope 5.9

W zamierzchłych czasach circa rok dwa tysiące cztery, gdy nazwisko Leslie Feist kojarzyło się przeciętnym indiefilom głownie z "Anthems For A Seventeen Year Old Girl", a śpiew Kanadyjki nie akompaniował jeszcze prezentacjom większej części elektronicznych gadżetów reklamowanych w amerykańskiej TV, premierze Let It Die towarzyszyło niemałe zaskoczenie muzycznej braci – rezultując u niektórych szczerym zauroczeniem postacią głównego kobiecego głosu Broken Social Scene. Mimo to, drugi długograj pieśniarki został w znacznym stopniu zlekceważony przez prasę i słuchaczy z tej strony Paryża (w tym również przez nas, hmm); jak można było się domyślić, na ogólnoświatową zajawkę czekaliśmy aż do momentu, gdy Leslie pokusi się wreszcie o album bogatszy w rozmachu i doborze gości, acz bez wątpienia uboższy pod względem kompozycyjnej treści.

Patrząc bowiem na The Reminder z pozycji przeciętnego porcysowego zrzeszeńca, czyli fanatyka bezpretensjonalnych motywów i na wskroś popowych melodii, trudno utrzymywać opinię o wyższości krążka nad jego skromnym poprzednikiem. "Mushaboom" czy "One Evening" obezwładniały wręcz niepowtarzalnym czarem i swobodną gracją, będąc przy tym prawdziwymi perełkami subtelnego songwritingu. Każdy kto miał też szansę zobaczyć Feist na żywo, szczególnie we wspomnianym okresie, świadom jest jej niespotykanego uroku osobistego, którym jakimś cudem udało się naznaczyć Let It Die – a raczej śmiało skąpać w nim cały ów świetny materiał.

Nie oznacza to jednak, że tegorocznej pozycji brak tego "czegoś" – Leslie wdzięcznie stara się wypaść naturalnie i szykownie zarazem, a barwa jej głosu ciągle jawi się atutem samym w sobie. Problem w tym, że doskonała wokaliza i umiejętność budowania odpowiedniej atmosfery nigdy nie wystarczyły, by utrzymać marudnych krytyków w skupieniu przez ponad pięćdziesiąt minut – nuda jest bowiem najpoważniejszą bolączką The Reminder. Trudno czepiać się pierwszych trzech utworów: "I'm Sorry" (wyraźnego odpowiednika chill-outu "Gatekeeper"), czy też znakomitego, przebojowego singla "My Moon My Man"; jednak już "The Park" zwiastuje drugą, dłuższą, miałką, sztampową, bezbarwną część albumu – gwałtownie zwalniając tempo, obniża tym samym poziom całego wydawnictwa. Taki stan utrzymuje się niestety praktycznie do samego końca nagrania – kilku punktów zaskarbia mu jedynie ciut żywszy "1 2 3 4", kwadrans przed finiszem w postaci słodkiego, ale niekoniecznie przykuwającego uwagę duetu z muzykiem Kings Of Convenience. Podsumowując, Leslie nagrała album obiektywnie udany, lecz ciągle nie będący jej definitywnym osiągnięciem – więc po co ten hype?

Patryk Mrozek    
16 października 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie