RECENZJE

Faust
C'est... Com... Com... Compliqué

2009, Bureau B 7.0

JB: Na początku chciałem napisać, że nie sprawdziła się teoria Filipa rozpoczynająca recenzję Third, ale trudno przecież rozpatrywać płytę Faust jako powrót, skoro chłopaki (hehe) tak solidnie wymiatali choćby pięć lat temu, nagrywając świetną płytę z Dälek. Lata (a w zasadzie dekady) lecą, a Faust wciąż stanowi straż przednią i jak widać nie zamierza przystanąć w celu rozprostowania kości czy zaczerpnięcia tchu – nawet jeśli w "Kundali Tremolos" "wokaliście" ewidentnie go brakuje. Zresztą opętańczy open'er zdecydowanie zasługuje na jakiś "anty-playlist". Fenomenalnie nagłośnione bębny wyłaniające się z ambientowych pasaży, industrialne harce, nerwowe melodeklamacje w języku Balzaka, charczące gitary i nielogicznie narastające cody. W skrócie coś, czego brakuje 90% dzisiejszych post-rockowych kapel.

Są na tej płycie momenty kipiące wręcz eksperymentatorstwem. Nie wiem na przykład czy "Stimmen" to ma być jakieś Huun-Huur-Tu na kwasie czy co, ale tego to już całkiem nie kumam. Tyle, że Zapppi – Felicjan Grejciun niemieckiej awangardy – ostrzega już tytułem: C'est Com... Com Compliqué, nie proszę państwa C'est Po... Po Pojebane. Wrzućcie sobie utwór tytułowy: Molvaer, jako dżin uwolniający się z niefortunnie rozbitych ampułek, w centrum Schwarzwaldu. Niemcy znów nas biją... na głowę.

MJ: Czy to ci sami kolesie, którzy, niczym Smokie, są obecnie sesyjnym zapleczem podszywającym się pod nazwę monumentu niemiaszko-rocka? Legendy akademickiego groove'u? Ojców wiadomo? Którzy nagrywają piątkowo-szóstkowe (to jest do słuchania w weekend) kolaboracje z bieżącym podziemiem? Sesja z Nurse With Wound była bardziej owocną sesją, niż ktokolwiek się spodziewał. Miłorząb dwuklapowy ekstrakt palony przez kawał szkła palony przez komin burgundzkiej elektrowni palonej przez wspomnienia po twoim nauczycielu fizyki palone przez Świętego Mikołaja z raną postrzałową w okolicy lewego słupka palonego przez bezsennych Burgundczyków bijących w kolektywny bęben palonych przez. "Tarany się skończyły, zaczął się rozpierdol" (Asteriks o "Bonjour Gioacchino"). Bo niby porządnie ryjące machę, wiązane a jednak dla dziewiczego łona raczej ataktyczne rytmy śmieci i niepokojące (nie ale serio, to właśnie jest na myśli) partie wszystkiego innego, bądź to gitar – Ej stary, i kto jest teraz bogiem, stary, kurwa? – bądź rzężenia – zemsta akustyka – nawiedzone dostarczanie wokalu nie zawsze wystarczają historykom filozofii do umieszczenia płyty CD na liście dwudziestu najlepszych płyt CD w historii roku, to jednak tu baza baza, odbiór. Brzmi jak Faust, można słuchać jak popu, nie patyczkuje się z nowicjuszami. Czego więcej? Nie da się więcej w tym wieku.

ŁŁ: Przepraszam, ale czy to jest TEN zespół Faust, który debiutował jakieś 40 lat temu? Ten który nagrał taki kawałek "Krautrock"? Nie do konca brzmi to jak ostatnie dokonania Scorpions. "Jest taka opcja", że jak Flaming Lips czy Dinosaur Jr. kompromitują młode kapelki, to jest to śmieszne. Ale przychodzi jakiś Faust... Inna sprawa, że można na to spojrzeć na dwóch płaszczyznach: Ces't Com...Com...Compliqué udowadnia, jak bardzo progresywną i niestarzejącą się po dziś dzień muzyką był krautrock, z drugiej – teleportuje patenty sprzed stu lat, nie tracąc nic na zimnowojennej obrzędowości (fajna kategoria, pozdro Pynchon) i świeżości, a jej progresywność kompromituje 99% eksperymentalistów jako "jakieś śmieszne bełkoty". Ja naprawdę nie wiem co tu mówić, to jest tak organiczne dzieło, z zajebistą okładką, z mnóstwem kombinacji, posępnie wytrąconą motoryką, paletą przesterów, uberpomysłowych linii basu, że brak mi słów. Nie że "legenda", tylko wielki zespół NASZYCH czasów.

MZ: Porywający album w nurcie obrzędowo-eksperymentalnym (z gatunku takich, przy których masz strach w oczach i ciągle oglądasz się za siebie), zwłaszcza autorstwa weteranów, to wisienka na suchym drożdżowym zakalcu. A przy okazji, słysząc te niezwykle gęste i soczyste kolaże, na przykład wyładowania gitarowe zlewające się z sugestywnymi smykami i dudnieniem bębnów jakby ścigających kogoś wyjątkowo przerażonego i wyjątkowo zasapanego, ustaliłem, w drodze asocjacji wtórnej jak mawia Matti, kolejny punkt odniesienia dla Gang Gang Dance.

Jan Błaszczak     Mateusz Jędras     Łukasz Łachecki     Michał Zagroba    
17 listopada 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie