RECENZJE

Father John Misty
Pure Comedy

2017, Bella Union 2.8

Josh Tillman to nazwisko, które od kilku sezonów rozpala wyobraźnię wszystkich pitchforkopodobnych (i porcysopodobnych) portali. Niegdyś skromny perkusista Fleet Foxes, dziś lepiej znany jako Father John Misty – artysta z sukcesami, o jakich wielu branżowych kolegów może tylko pomarzyć. Pozytywny odbiór albumu I Love You, Honeybear zmienił bowiem obiecującego anonima w megagwiazdę współczesnego folku. Niestety, bohater tej recenzji zachłysnął się nagłą falę popularności i zaczął pełnić funkcję naczelnego skandalisty. Słuchając jego najnowszego dzieła, można odnieść wrażenie, że internetowy cyrk to rzeczywiście jedyne na co obecnie stać autora "Fear Fun".

Powiedzmy sobie szczerze – Pure Comedy jest wyjątkowo marne i to z kilku powodów. Po pierwsze, te siedemdziesiąt minut z hakiem brzmi jak ponury żart. Każdy muzyczny moment longplaya przypomina skecz z Saturday Night Live – wyczerpuje temat w pierwszych kilku sekundach, a następnie repetytywnie zjada własny ogon. Zakochany w sobie podmiot liryczny, niczym Tarantino podczas kręcenia Nienawistnej Ósemki, uważa swe pomysły za zbyt szlachetne na odpowiednią autokorektę.

Największym paradoksem jest to, że będące kręgosłupem opisywanego wydawnictwa tekściarskie umiejętności autora, demonstrują liryzm na poziomie niższym niż użytkowe strofy popowych przebojów. Teoretycznie każdy, kto próbuje wejść w buty singer-songwritera, powinien dostarczać topiących głośniki emocji, jednak intymne wynurzenia Josha nie wzbudzają absolutnie żadnej reakcji. Zaśpiewana z witalnością manekina, nieudolna poezja, tapla się w postmodernistycznej zgrywie, gardzącej naszą empatią. Tego rodzaju obrzydliwej ironii nie cierpiał David Foster Wallace, nazywając ją tchórzliwą strategią wyparcia naturalnych odczuć.

Tillman próbuje również swoich sił w publicystycznym komentarzu. Problem jednak w tym, że bycie socjologicznym obserwatorem nie wychodzi mu lepiej niż odgrywanie wrażliwego barda. Piosenki ilustrujące zepsucie cywilizacji metodą chaotycznych, twitterowych tyrad, przypominają podcastowy bełkot. Twórca wykorzystuje medialne gadające głowy i zestawia je z celowo kontrowersyjnymi opiniami, po to by, obgryzając paznokcie, czekać na oburzenie widowni. Mamy więc do czynienia z czymś w rodzaju lichego ekwiwalentu dokonań Milo Yiannopoulosa.

Na dodatek warstwa muzyczna również nie oferuje zbyt wiele. O ile dwie poprzednie płyty potrafiły zaskoczyć aranżacyjną zręcznością, o tyle Pure Comedy jedynie zawodzi. Father John Misty skupił się na opluwaniu sarkazmem całego świata i kompletnie zapomniał o napisaniu porządnych melodii. Trzynaście numerów cierpi na chroniczny brak chwytliwych refrenów oraz przewlekłą monotonię. Z kolei wokalizy Tillmana brzmią jak karaoke fanclubu Eltona Johna. Jeśli to ma być songwriting na miarę folkowego zbawiciela, to nie wiem czy gatunek idzie w dobrym kierunku.

Father John Misty nagrał płytę dopełniającą jego celebrycki status. Prowokacyjne wypowiedzi z wywiadów mają swoją logiczną kontynuację w postaci nachalnie cynicznych tekstów. Nadmierne przekonanie o własnych zdolnościach doprowadziło z kolei do fobii przed robieniem skreśleń. No cóż.. Chciałbym pobawić się w adwokata diabła, ale amerykański muzyk bardzo nie chce, żebym go polubił.

Łukasz Krajnik    
28 kwietnia 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy