RECENZJE
Father John Misty

Father John Misty
I Love You, Honeybear

2015, Bella Union/Sub Pop 4.6

Los nie jest dla mnie łaskawy. W zeszłym roku miałem wątpliwą przyjemność recenzowania wypocin pod wszystko mówiącym tytułem St. Vincent i od tego czasu szczęśliwie udawało mi się unikać kontaktu z wydawnictwami tego pokroju. Niestety stan ten został zakłócony na przełomie marca i kwietnia, kiedy stało się dla mnie jasne, że 2015 też ma swoją Clark. Tym razem padło na pochodzącego z Baltimore singer/songwritera Joshuę Tillmana (wydającego obecnie pod specyficznym aliasem Father John Misty), którego album przypomniał mi, jak bardzo nudna i miałka może być współczesna muzyka pop. Tutaj mały disclaimer: przyznaję się, że nie jestem zaznajomiony z dotychczasową drogą artysty, a Discogs mówi mi, że typ wydał do tej pory aż dziewięć studyjnych płyt oraz garść EP-ek, lecz poziom recenzowanej tutaj nagrywki mnie do ich poznawania nie zachęcił. Gdyby jednak okazało się, że Josh Tillman zarejestrował kiedykolwiek coś wartego uwagi (poza Fleet Foxes), poproszę o info na redakcyjnego maila.

Ok, to tyle tytułem przydługiego wstępu, teraz do rzeczy. Mam kilka problemów z tym albumem. Pierwszy z nich: ciężko mi go odsłuchać w całości za jednym podejściem. Zwykle odpadam na wysokości "Nothing Good Ever Happens... (swoją drogą, tytuł ten doskonale opisuję moje odczucia co do tego materiału). Przymiotnik "nudny" w kontekście zaprezentowanych tutaj prób jest moim zdaniem tak bardzo na miejscu, że nie ma sensu szukać wyszukanych określeń, bo dźwięki wygrywane przez muzyka z Baltimore po prostu działają na mnie usypiająco.

Kolejna sprawa, która mnie mierzi, to kompletne wypranie z charyzmy tego typa, co nie stanowiłoby dla mnie wielkiego problemu, gdyby nie to, że kolo pozuje na kogoś, kto ma coś do powiedzenia. Całkiem możliwe, że tak jest w istocie, lecz cały domniemany przekaz ginie w obliczu totalnego braku magnetyzmu wykreowanej postaci. Wcale nie zachęca to do bliższego zapoznania się z warstwą liryczną. Podobno na gościa jest teraz duży hype, dziwi mnie to, chociażby z wyżej wymienionych względów.

Idźmy dalej. Ostatni z puli głównych zarzutów i zarazem zdecydowanie najważniejszy: niesamowita przezroczystość zaprezentowanego tutaj materiału. Dawno nie słuchałem tak niezapadającej w pamięć muzyki. Nie pamiętam z niej nic: żadnego z refrenów, żadnej ze zmian tempa, żadnego charakterystycznego motywu, żadnej z aranżacji. Niestety, muszę stwierdzić, że ostatni album Josha Tillmana wypełniony jest po brzegi muzyką pozbawioną jakichkolwiek charakterystycznych cech, walorów, które mogłyby przykuć uwagę słuchacza. Najbardziej smutne jest to, że twórczość tego brodatego songwritera nie jest szczególnie zła (pamiętajmy, że taka przecież zapada w pamięć), tylko zwyczajnie nijaka, uderzająca mnie swoją przeciętnością. Całość (blisko trzy kwadranse) jedzie na jednostajnym (powiedzmy, że +/- czwórkowym) poziomie. Brak tu highlightów, ale też wyraźnych mielizn, czegokolwiek co wyróżniałoby zawarty na krążku materiał. Wszystko jest takie... płaskie. Na początku przyprawiało mnie to o senność, a później najzwyczajniej w świecie zaczęło wkurwiać. No niestety, gdy tak sobie myślę o tym monotonnym, bardzo zachowawczym, a zarazem pozbawionym większych ambicji graniu, to zaczynają mną targać właśnie tego typu emocje.

Pozostaje jeszcze punkt ostatni. Przy okazji recenzji I Love You Honeybear wróciłem sobie do nagrań Fleet Foxes. Zestawienie recenzowanego właśnie materiału z dokonaniami kolektywu z Portland wypada dla tego pierwszego bardzo niekorzystnie. Różnica poziomów jest bardzo wyraźna. W ramach tej komparacji jestem w stanie zgodzić się ze słynną opinią red. Chacińskiego (którą ten ochoczo głosił przed laty), mówiącą, że Fleet Foxes są wielkim zespołem – bo o ile Pecknolda należy zaliczyć do tego samego grona przebrzmiałych songwriterów, o tyle w przeciwieństwie do Josha Tillmana typ nie nudzi tak bardzo.

Szczęśliwie dotarliśmy do końca, a ja właśnie sobie uświadomiłem, że pominąłem dosyć istotny wątek skojarzeń oazowych, które nieodłącznie towarzyszyły mi podczas odsłuchu tego albumiku. Jednak zostawmy to, bo nie ma sensu pastwić się nad tym bardzo przeciętnym materiałem, poza tym i tak poświęciłem mu zbyt dużo uwagi. Reasumując: jeżeli macie problemy ze snem, to szczerze polecam oddanie się tillmanowskiej ewangelizacji, w przeciwnym wypadku zdecydowanie sobie odpuśćcie. Ja na pewno do I Love You Honeybear już nigdy nie wrócę.

Marek Lewandowski    
14 kwietnia 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja