RECENZJE

Fatboy Slim
Palookaville

2004, Skint 1.6

Yaw, kumacie często wykorzystywany za oceanem trop recenzencki w postaci metafory kondoma? Serio, spotkałem go już kilkakrotnie. Widzicie, drogie urwisy, prezerwatywa funkcjonuje w kulturze jako rzecz symbolizująca jednorazowe użycie. Jest pomocna nocą, w momencie fizycznego uniesienia, ale następnego dnia rano wygląda odrażająco. Zupełnie jak pewien typ repetywnej, tanecznej muzy: w trakcie słuchania daje radochę i w ogóle, ale po wyłączeniu, gdy zerkniemy na okładkę, ogarnie nas uczucie blazy i stwierdzimy, że zamiast niej mogliśmy uraczyć uszy czymś ździebko ambitniejszym. Analogia ta pasuje do ex-basisty Housemartins (kojarzę clipa z VH1 jeszcze, uau) podobnie jak do Moby'ego. Obaj gamonie byli popularni, a ich twórczość znało się w okresie licealnym: z reklam, singli, telewizji, imprez, Radiostacji. I obaj dostarczali jednorazowej przyjemności w słuchaniu, by następnie zniknąć z mojego życiorysu pod pretekstem uncool. Owszem, niby pamiętam eksplodujący kibel "Rockafeller Skank", darwinowską ewolucję "Right Here, Right Now", pamiętam jak Kwiat i Jabcok jarali się riffem "Push The Tempo" (musiałem im wyjaśniać, że to zasługa Colosseum, bo wujek przedstawił mi Valentine Suite na etapie gdy aktywnie nie chodziłem do zerówki), pamiętam bezpłciowy udział Macy w dwóch fragmentach Halfway, amatorskie video grupy bejów pląsających do "Praise You" czy śmieszną radiową zapowiedź słuchacza poprzedzającą "Fucking In Heaven". Pamiętam, że ten Brytyjczyk wyskoczył z dance'm, który łudził domniemaną amerykańskością. Zresztą, wtedy to było fajne, ale kogo by obchodził seks z czasów high-schoolu, hello?

Czy zapamiętam Palookaville? Yhm, będzie ciężko. Ze względu na żałosną pamięć, często z trudem określam stopień, czy wręcz charakter, zblizenia do płyty. Niegdyś musiałem Mike'a pytać, czy słuchałem już nowego Placebo, bo sam nie umiałem tego stwierdzić w żaden wymierny sposób. A rozpoznając problem w ramach wspomnianego we wstępie schematu, Palookaville to nie jest nawet randka, tylko raptem kilka słów zamienionych na przypadkowej prywatce ze średnio atrakcyjną laską, a co tu dopiero mówić o "seksie". Ok, ale powaga, bo Fatboy Slim to nie byle kto. Teoretycznie gość osiagnął już sukces i dlatego no taryfa ulgowa for him, ok bejbe? Bejbe bejbeee. O, o, właśnie na tym poziomie są te ostatnie kawałeczki Normana Cooka. Może trochę przesadzam, lecz checknijcie "The Journey" lub "Jin Go Loba" – letnie umcy umcy z egzotycznym posmakiem. Nawet Albarn w "Put It Back Together" zawodzi, jak by trzymali go tam za karę. Oh, i kończący cover "The Joker" jest tu tak potrzebny, jak zapis audio wywiadu z niemową. No offence to niemowy, indeed! Milutkie retro "North West Three" i nawiązujący do Surrender Chemical Bros artwork wiosny nie czynią. Mój znajomy, obracający się uważniej w klimatach big-beatowo-klubowo-DJsko-parkietowych, utrzymuje, iż patenty Fatboya działały pięć, siedem lat temu, ale dziś cholernie trącą myszką. Możliwe, natomiast dla mnie, jako dla popowca, albumowi brakuje hooków i nie-wysilonego poczucia humoru, a więc elementów, które tacy They Might Be Giants mieli zawsze. To ja może wrzucę se na repeat "Don't Let's Start" i się pożegnam grzecznie. Wait, dlaczego o tym mówię? Bo Szati przypomniał mi tę piosenkę parę dni temu i sobie doznałem zwyczajnie. A nawet nadzwyczajnie.

Borys Dejnarowicz    
2 czerwca 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja