RECENZJE

Fall
Imperial Wax Solvent

2008, Sanctuary 6.0

Przychodzi dziennikarz do Marka E. Smitha. Co by pan zrobił, gdyby został premierem Wielkiej Brytanii? "1. imprison all vegetarians, 2. declare war on France". Za co znalazł się Smith pod pręgierzem Ligi Obrońców Zwierząt? Za przyznanie się do mordowania wiewiórek piłą mechaniczną w przydomowym ogródku. Komu MES ostatnio rzekł "spierdalaj"? Steve'owi Albiniemu - w ramach odpowiedzi na propozycję wyprodukowania kolejnej płyty The Fall. Kto w końcu stanął za konsoletą? On sam. "Don't worry, you could've been the singer of The Fall" – mówi filmowy Tony Wilson do załamanego filmowego Iana Curtisa. Mógłbym na luzie kontynuować opowiadanie tego rodzaju anegdot o tym, jaki Mark E. Smith jest nienormalny (no bo jest), natomiast jest mi niezwykle ciężko na serio wgryźć się w fenomen The Fall – trudno tak naprawdę zrozumieć Marka E. Smitha bez znajomości i czucia brytyjskiego kontekstu.

Ostatnio mój znajomy tak określił Lecha Janerkę: "he's like Mark E. Smith minus drinking", ale była to raczej rozpaczliwa wytłumaczenia fenomenu Janerki niepolskiemu dyskutantowi. Jednak to porównanie może pewnie zadziałać w drugą stronę. Choć MES to taki miks bardziej, złożony z elementów stylu wspomnianego Janerki oraz Marcina Świetlickiego, Roberta Brylewskiego, Jacka Bieleńskiego i Piotra Ikonowicza. Poza tym myślę, że młode polskie kapele indie zamiast słuchać Interpolu, Mogwai i... yyyy... Bloc Party powinny zacząć słuchać The Fall, bo ich pozornie niemelodyjne, aranżowane byle jak kawałki, zawierają mnóstwo małych, a genialnych pomysłów. Zresztą... MES to kolejna z galerii postaci brytyjskiej popkultury wcielających w życie archetyp szlachcica w skórze prola, bezklasowego renegata, trickstera, wulgarnego erudyty poddającego w wątpliwość wszystko, operującego apokaliptyczną, groteskową wizją świata. Galeria genialnych wyrzutków brytyjskiej popkulturze ostatnich 30 lat jest obfita – od Davida Bowie z ery berlińskiej czy Johna Lydona (zarówno w wersji Rotten jak PIL-owej) przez Tricky'ego, głównego bohatera filmu Nadzy po Dizzee Rascala i dubstepowców (hoho, pojechałem trochę, ale myślę, że coś w tym jest). MES jest także jednym z ogniw aktualizujących ten mit. Lewacki pijak z Manchesteru, nie uznający w sztuce bez żadnego tabu, uprawiający specyficzny turpistyczno-industrialny teatr absurdu. Dla nas być może trochę to wszystko obce – w końcu zjawiska, które ukształtowały MES-a: narkotyki, kraut-rock, horrory i sci-fi, ruch robotniczy, luddyzm, zamieszki kibolskie, sytuacjonizm, Captain Beefheart docierały do nas w nieco innej formie. Nie mieliśmy też wglądu w ponure realia Manchesteru mid 70's. The Fall pozostaje fenomenem bardzo brytyjskim, dlatego "50 tysięcy fanów The Fall nie mogło się mylić" i jego fandom pozostaje jednym z najbardziej zdyscyplinowanych na świecie, choć raczej nielicznych. Mniejsza z tym.

Mark E. Smith przed nagraniem nowej, 26 płyty (poprzednia Post-Reformation TLC ukazała się zaledwie rok temu) wywalił tradycyjnie cały line-up i zatrudnił zupełnie nowych ludzi (w 30 letniej historii zespołu przez skład przewinęło się pół setki ludzi). Niewiele to jednak zmieniło. Traktując rzecz z buta - słyszeliście jedną płytę The Fall, słyszeliście je wszystkie. Fanatycy The Fall oczywiście zaprotestują, a ja muszę przyznać, że faktycznie między Fall Heads Roll (2005), a tragicznym Post-Reformation TLC jest przepaść. Imperial Wax Solvent zaczyna się natomiast fantastycznie, ciężkim free-jazzowym pochodem basu przypominającym nieco "Poptones" PIL. Jest kilka innych znakomitych momentów, między innymi urocze, zaśpiewane przez nową laskę w składzie (żonę Smitha) "I've Been Duped" (takie piosenki grały kiedyś Slits), które równie dobrze, przy mniej fallowej olewczej aranżacji mogłoby się stać indie-popowym hitem. W "Can Can Summer" nawet mamy fragment, połamanej IDM-owej produkcji (czy to efekt kolegowania się z Mouse On Mars?), a potem puszczenie oka do Modern Lovers.

To co proponuje Smith to swoiste ADHD, zero komfortu poznawczego, bez jakiejkolwiek ekscytacji stroną formalną – kraut-rockowe rytmy, sprzężenia gitar, pijacki słowotok MES-a, electro i free-jazzowe wstawki, niechlujnie sklejone; ostra, kanciasta produkcja. Produkcyjną wirtuozerię MES-a możemy usłyszeć choćby w absurdalnym "Senior Twilight Stock Replacer", gdzie lider The Fall dokonuje chamskiego overdubu swojego wokalu na wcześniejsze ścieżki (i brzmi to jak karaoke "senior stock replacera" - czymkolwiek tytułowy jegomość się właściwie zajmuje – do podkładu na boomboksie ustawionego w jakimś zapyziałym garażu). "I'm a 50 year old man" – charczy w innej, 12-minutowej "piosence" Smith swoim przepitym/prowokacyjnym/podkurwionym głosem (a w środku czeka nas cudownie absurdalne interludium na... banjo). Kogo więc obchodzi 26. płyta zespołu, którego większość materiału jest do siebie tak podobna? Błędem jest być może podchodzenie do dyskografii The Fall jak do nowej propozycji R.E.M., Deep Purple czy U2. Zespół pod nazwą The Fall to bardziej proces ulegający ciągłej przemianie, przepływowi, przybierający wciąż nowe kształty. Jak już wspomniałem – zero komfortu poznawczego. Zero komercji, ale też zero keep it real. Sztuka jest po to, żeby być sztuczna. I dlatego być może był to ulubiony zespół Johna Peela – "always different, always the same", jak mawiał o The Fall.

Piotr Kowalczyk    
18 kwietnia 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie