RECENZJE

Evangelicals
So Gone

2006, Misra 5.3

Każda recenzja powinna zaczynać się od początku, zwanego wstępem – przynajmniej ja zazwyczaj piszę takie. W przypadku recenzji płyty Evangelicals mam dwa pomysły dotyczące wstępu. Oto pierwszy z nich:
Stereotypy z założenia mają ostatnio przechlapane, ale nie da się ukryć, że w jakiś sposób ciągle kształtują nasze poznanie. I tak z hasłami "skomplikowana faktura muzyczna", "kontrasty brzmieniowe" i "częste zmiany rytmu" kojarzy się nam stereotypowo groźna odmiana rocka, powiedzmy Primus, Voivod czy King Crimson. Tymczasem po przeciwnej stronie wyrosła już parę lat temu kolorowa odmiana radosnego indie-rocka, stawiającego na tego typu ekstrawagancje. Of Montreal czy Flaming Lips jako liderzy, a Evangelicals zgłasza akces do tego towarzystwa.

Drugi – odrobinę lepszy – wstęp brzmi mniej więcej tak:
Evengelicals stawiają na eklektyzm. W dodatku osiągany techniką collage'u. Bez dwóch zdań – nagromadzenie różnorodnej treści muzycznej na małych odcinkach czasu to pierwsze co rzuca się w oczy/uszy przy przesłuchaniu So Gone. Analogowe syntezatory obok punkowego rytmu, biczbojsowe chórki i field recordy, cała stylistyczna niejednorodność albumu, w końcu zlewa się w jeden upstrzony brzmieniami pejzaż.

Część druga recenzji zaczyna się od zwrócenia uwagi na wyżej wymienione dwie charakterystyczne cechy So Gone: eklektyzm brzmieniowy i rytmiczno-melodyczno-kompozycyjne kombinowanie. Ok, nie jest to czerpanie wszystkiego zewsząd. Klucz selekcji pomysłów, których najwyraźniej twórcy płyty mają w nadmiarze, opiera się na założeniu: ma być melodyjnie, optymistycznie i czarująco. I pewnie gdyby rozebrać aranżacje z całego tego bogactwa i bibelotów, dałoby się dosłuchać konkretnych piosenek, niezbyt oryginalnych może, ale całkiem przyzwoitych. Zagrożeniem, którego Evangelicals nie uniknęło, jest sentymentalizm ocierający się często-gęsto o banał. Rozumiem, że miało być raczej melodramatycznie niż dramatycznie, ale jeżeli miałby to być soundtrack do filmu, to film ten z pewnością opowiadałby jakąś nudną lovestory z amerykańskiego college'u (w końcu collage – college, no nie?). Wokalista romantycznie zawodzi "I Need Some Help!", a wokoło pobrzmiewają dzwoneczki, banjo, a tu zaraz syntezator i tak dalej.

Zakładam jednak że Evangelicals koncentruje się na fakturze i kombinowaniu aranżacyjnym przede wszystkim, a "klimat" jest tu bardziej przy okazji. No i zaczyna się problem, bo nawet jeśli inwencja w tym zakresie przyprawia o zawrót głowy, to zawrót ten w końcu skutkuje bólem zatok, ogólnym zmęczeniem organizmu i przykrym a dojmującym uczuciem przytłoczenia. Tak powinno się reagować na Joy Division, a nie na kipiący iście amerykańską pozytywnością zespół indie-rockowy. Tak więc, panie doktorze, proszę mi przepisać relanium, a ja dam tej płytce 5.3.

Piotr Cichocki    
27 listopada 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie