RECENZJE

Erykah Badu
New Amerykah Part Two (Return Of The Ankh)

2010, Universal Motown 7.5

Prawdę mówiąc planowałem wydobyć swoją zapomnianą, niepublikowaną reckę New Amerykah Part One i wysłać ją jako Return Of The Ankh zamieniwszy rzeczowniki, zaktualizowawszy zmienne. Tekst niestety zaginął, renderując pomysł niewykonalnym na godzinę przed deadlinem, a kolejnej okazji nie będzie, bo to podobno druga i ostatnia część serii wydawniczej New Amerykah. Koncepcja była taka, żeby było łatwo – nowa Erykah to w gruncie rzeczy poprzednia Erykah, z tym, że odwrócona. Tam – wrażenie obcowania z anty-lewiatanem, etycznym molochem zaangażowanym społecznie, powypychanym ciężkimi oddechami tekstur; tu – intymna podróż przez rozmawianie przez telefon w łóżku, wschody, zachody, peryhelia, wyznania, lekkość bitu, klaskanie, akordy pisane w saloniku na pianinku przez ojca chrzestnego neo-soulu (powiedz mi z kim James Poyser nie pracował a kupię ci lizaka).

Przesunięcie podejścia, czy tam szeroko pojętej atmosfery, do obszarów intymnych – według Erykih – to kwestia prawej półkuli (bynajmniej nie Ziemi), w kontraście z lewą, "polityczną". Nie ma w tym żadnego praktycznego znaczenia, ale prawdą jest, że wskutek zastosowania slow-bopowej radości w sygnaturach i odprężonej do granic rozsądku siatki melodycznej mamy do czynienia z jakimś tam rodzajem eksperckiego soulu w dziurawych szortach. Technicznie, gdyby komuś to się na coś przydało, to Badu sama gra na większości instrumentów, a jeśli akurat gdzieś nie, to jest to albo rzeczony Poyser, albo ktoś z panteonu post-jazzowych, nu-soulowych producentów jakich zaproszono. Nie, kawałki Madliba wcale nie są najlepsze, chociaż rozciągnięte na pół metra sylaby Badu w asyście błyskotkowej harfy i drewniano-klaskowego bitu stawiają przysłowiową poprzeczkę poza polem widzenia. Nie jest także "Turn Me Away", bazowany na tym samym granicznie rozciągliwym motywie od Sylvii Striplin, na którym bazował, mniej lub bardziej, jedyny osiadły w masowej świadomości kawałek Junior M.A.F.I.A. – ale całkiem blisko.

Z odwołaniami w ogóle jest wesoło. Jeśli już znajdują się w którejś z biotycznych porcji kluchowatych, bez-refrenowych jamów, to najczęściej niedbale odgrywane z nieoczywistą przejrzystością widzenia opioidowego (Chocolate Jam Co. w "Umm Hmm" czy motywik z debiutanckiego singla z 1996 rozwijany kombinatorsko w singlu bieżącym). Takie mgliste podejście do klarowności odbija się zresztą na układzie albumu – niesinglowość epickiego "Love", trzyczęściowa antropologia samokontroli "Out My Mind, Just In Time" to flat-out śliczne studia klawiszowe, dopełniane j-dillowskim warsztatem rytmicznym z co mniej rozwlekłych fragmentów (skompresowany funk od MacCartneya w "Gone Baby, Don't Be Long", mrocznawy "Fall In Love"). Być może najdziwniejsza i najlepsza Badu jak dotąd (a Baduizm czy Worldwide Underground są lepsze niż pamiętacie).

Mateusz Jędras    
2 kwietnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie