RECENZJE

Erykah Badu
New Amerykah Part One (4th World War)

2008, Universal Motown 7.2

Erykah Badu mogłaby sobie dzisiaj wybrać palcem na globusie dowolne państwo, pojechać w środę, a czwartkowy gig przyciągnąłby wystarczająco dużo ludzi, żeby zapełnić dowolną halę, operę, stadion, basen, pole. Niewiele jest takich marek jeśli chodzi o muzykę popularną, a już na pewno nie wśród artystów debiutujących w ciągu ostatnich piętnastu lat. I wykonawcom o tak ugruntowanej pozycji już nie potrzeba niczego jakby. W sensie, że zbiorą się raz na pięć lat, by nagrać pięćdziesiąt minut lekkiej muzyki nawiązującej do poprzednich dokonań, wyposażonej w przebrzmiałe trendy oraz grupę popularnych producentów i już Empiki wystawiają stoiska, a opiniotwórcze dzienniki piórami swoich recenzentów padają na kolana (wymieniając tych jebanych producentów i tytuły utworów żeby zrobić 300 znaków więcej). I Badu też tak by mogła. Ale o dziwo nie. A ryzyko było duże, patrząc chociażby pod kątem czasu jaki upłynął od poprzedniego albumu, New Amerykah można rozpatrywać w kategorii powrotu, co wzbudza dodatkowe obawy. Wykonawca o takiej sławie na liście rocznej? Nieprawdopodobne, ale wielce możliwe.

Ewolucja Badu osiąga na New Amerykah najdoskonalszą jak dotychczas postać. Wszystkie poprzednie płyty były przede wszystkim zbiorami piosenek przeplatanych mniej lub bardziej udanymi skitami ("My eyes are green cause I eat a lot of vegetables"). Teraz utwory luźniejsze formalnie przeplatają się z tymi tradycyjnymi w formie. Bo nie można traktować poważnie otwieracza "Amerykahn Promise", opartego na okropnie zgranym funkowym motywie, prostej zwielokrotnionej deklaracji Badu przeplatającej się ze "śmiesznymi" tekstami mistrza ceremonii. Raczej w kategorii miniatury rozpatruję ukryte pod czwórką "My People" z mantrą czterech słów, itd.

Z drugiej strony w utworach zasadniczych Badu przejeżdża po ostatnich trzech dekadach muzyki rozrywkowej. Mój prywatny highlight to oszczędny w środkach, powolny i słoneczny "The Healer", w którym największe wrażenie robią przetworzone, wycofane gdzieś między dzwonek i bas chórki. Ale dalej są też fragmenty odwołujące się do tej "starej", kameralnej Badu (autoreferencyjny, heh, "Me" oraz mocno bujający "Soldier", w którym gościnnie stęka jakiś Bilac, taki lek był chyba kiedyś), a część zasadniczą kończy hołd złożony soulowi lat siedemdziesiątych o tematyce funeralnej.

Żeby nie było zbyt idealnie – oczywiście zdarzają się ewidentne pomyłki. Kiedy już wybrzmi zsyntetyzowane niepokojące "Twinkle" następuje jakiś dziwaczny buntowniczy manifest. Ja rozumiem, że świat jest w niebezpieczeństwie i musimy o tym pamiętać, ale dewiza "I'm a human being, damn it" poparta głębokim pogłosem i śmiesznymi głosikami to nie jest droga do uświadomienia, a jedynie do dzwonków na komórki. A końcówka albumu trochę smędzi. Ale mimo wszystko. Album jest wielki, spaja go jakaś myśl – z tyłu głowy brzęczy mi słówko "concept ", ale chyba byłaby to przesada.

Żeby pozostać konsekwentnym nie wymienię członków ekipy działającej na rzecz Badu przy produkcji tej płyty, choć na pewno mieli ogromny wpływ na wysoką notę (za to nadmienię, że jeden współodpowiedzialny jest za Madvillainy a drugi – za "Silly Girl"). Powiem tyle, że jej głos po raz pierwszy nie stanowi centralnego punktu albumu, a jedynie jeden z elementów składających się na efekt. "Erykah Badu" nie oznacza już pięknej pani na tle kontrabasu. "Erykah Badu" to od 26 lutego oficjalnie nazwa think-tanku konkretnych muzyków i producentów.

Filip Kekusz    
14 kwietnia 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja