RECENZJE

Erlend Øye
DJ Kicks

2004, !K7 6.5

Erlend Øye to połowa Kings Of Convenience. I tak jak trudno wskazać konkretnie, czego należałoby się po jego solowej płycie spodziewać, tak banalnym wydaje się wykreślenie z przewidywań gatunków takich jak: heavy-metal (hehe), hip-hop, dance. Zaraz, zaraz, dance? Hmm no jest jakiś DJ w tytule. A, przecież to składanka! Do tego okładka – jest na niej skaczący fella, sam Erlend. No i te kolory – żadne stonowane brązy, nie ma też delikatnych, kremowych odcieni (książeczka Riot On An Empty Street aż się od nich roi). W zamian: syntetyczność, industrialny chłodzik mechanicznej szarości. No i taki okazuje się też być opener, "So Weit Wie Noch Nie". Prymitywny bicik, rozpracowanie wejść basu bądź wokalu łatwo przewidywalne nie tylko dla tych, którzy mieli kiedykolwiek styczność z dyskoteką. Czyli jednak dance.

I co z tego, skoro serwowana partia wokalu wymiata, realizując wespół z prostym tłem motyw podróżniczy. Dokąd to się wybieramy? Udzielona energia podpowiada w trymiga: do klubu. I jest piątek, nie musię nic robić. Nim zbyt pochopnie ogarnie mnie euforia, DJ Erlend uspokaja: powoli. Wraz z "Sheltered Life / Fine Day" oraz zdaniem "It's gonna be a fine night tonight" wprowadzani jesteśmy jeszcze na moment w chill-out. Wyjaśnienie znajduje się w tekście, który Mr Řye umieścił wewnątrz książeczki albumu. Jest to mini poradnik, niemal z serii "Zostań didżejem w 5 minut". Maestro radzi w nim właśnie, by początek nocy spędzić na badaniu: dance-shoes zostały w domu, czy też są na nogach właścicieli, w pełnej gotowości do boju?

Rozpoznanie takowe nie jest czynnością bierną: Erlend stopniowo rozpędza lokomotywę, dorzucając do paleniska co chwila nowy kawałek. A co jeden, to lepszy, żywszy, świeższy. Kulminacją jest poprzedzony żartobliwą zapowiedzią (podczas której miksowane są owacje już rozgrzanej publiczności) "Rubicon" autorstwa Alana Braxe'a i Freda Falke. Nie życzę ci, czytelniku, by twoje ciało pozostało bierne na wysyłane tu prądy. Choćby najmniejszy uśmiech i chodząca jak u metalowego perkusisty stopa to minimum reakcji zdrowego człowieka na ten pyszny tort bogato wyprodukowanego bitu nieco w stylu Basement Jaxx. Nim umrzesz na zawał, troskliwy DJ Erlend pokazuje swoją nieznaną dotychczas szerszej publiczności stronę. Prezentowane w "2D2F" przesłanie dwóch napalonych chicks brzmi bowiem: "Don't get too drunk to fuck tonight!". I to napięte, niedwuznacznie domagające się jednego tylko tło: części męskiej widowni zrobi się tu gorąco.

Obecność odnośników do seksu jest nieuniknionym aspektem dyskoteki; wydaje się nim też dłuższy lub krótszy przesyt tańcem. Øye stara się jak może, by tej plagi uniknąć, chill-outując falujący tłum ze sporą częstotliwością. Najefektywniej wychodzi mu to w remiksie utworu współplemieńców z Röyksopp, "Poor Leno". Co ciekawe, główną zaletą tego kawałka jest nadanie wysokiej wartości strefie tekstu, zapożyczonego od guru większości tekściarzy rocka, samego Morriseya. "Take me out tonight / 'Cause I wanna see people / And I want to see life". Melancholijny śpiew Erlenda doskonale komponuje się z przewijającym się miedzy nim, zupełnie odmienionym strzępkiem przeboju Röyksopp. Sprytnie sięga Øye (dalej korzystając z linijek "There Is A Light That Never Goes Out") po kolejny fragment dyskotekowej mozaiki, tym razem stanowiący o uczuciach: "And if a double-decker bus / Crashes into us / To die by your side / Is such a heavenly way to die". Zaskakująco, nie dochodzi do profanacji. I weź tu nie doceniaj wszechstronności, kreatywności i pomysłowości kolesia.

Słabe strony albumu nie naruszają w żadnym stopniu autorytetu jego autora, sama płyta natomiast ze stali nie jest. Ledwie przyjemnym plumkaniem jest remiks Minizzy "Winning A Battle, Losing The War". Nie rozumiem też intencji ruszania idealnej przecież piosenki Rapture, "I Need Your Love". Zwycięskiej drużyny się nie zmienia, a tu tymczasem nie dość, że prezentuje się jedna czwarta składu, to jeszcze najpierw przeszkadza jej sam Norweg, płasko i bez werwy deklamując tekst, z którym tuż po nim wkracza przecież ten boss Luke Jenner. Co gorsza, na kluczowe wejście śmigających gitar nałożone zostały pierwsze sekundy kolejnego "Lattialla Taas / Venus". Patrząc całościowo, kilkanaście minut krążka to właśnie taka otwarta furtka dla tych, którzy muszą do toalety. Bez większych emocji.

Danse = macabre? Jeśliby nie wykroczyć poza rzeźnię serwowaną przez niemiecką Vivę: owszem. Ale ten album miedzy bajki wkłada tezę, że dance to najstarszy rodzaj muzyki, sięgający swym prymitywizmem epoki jaskiniowców. Dlatego zamiast nakładać klapki na oczy, spróbujmy dostrzegać takie perełki gatunku. Sięgnięcie po DJ Kicks polecam zwłaszcza w jednej z tych chwil, gdy nastrój wymaga sprecyzowania przez jakiś czynnik zewnętrzny. Krążek ów nie tylko wprowadzi cię w groove, ale również rozśmieszy. Zabawny poradnik w książeczce to jedno, dowcipkujące Erlandowskie wtręty to drugie, same teksty niektórych kawałków to trzecie ("What a little mouth you have / Kissing you is nice but hard"). Wahałem się kupując pierwszą w moim życiu składankę; dobrze, że to ciekawość jak radzi sobie w nowej roli Erlend przemogła niepewność. Bo za mikserem gość czuje się jak ryba w wodzie. Zresztą popatrzcie jak kończy się wspomniany jego wywód na temat didżejki: "It's sooooo easy!".

Jędrzej Michalak    
14 sierpnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie