RECENZJE

Enon
High Society

2002, Touch & Go 8.2

Historia Enon rozpoczyna się w 1994 roku, kiedy swoją drugą płytę wydaje Brainiac, a Michelle Bodine zastępuje nowy gitarzysta John Schmersal. Opisywanie Bonsai Superstar przerasta nieco moje siły. Pół godziny kompletnego pojebstwa utrzymanego w klimacie neurotyczno-humorystycznym. Sto różnych konwencji i przystępne piosenki. Przestery, przetworniki, kakofoniczne odjazdy, a wśród nich oazy akustycznego spokoju. Chaos i bałagan. Bałagan i porządek. Porządek i chaos. Trzydzieści minut, które trudno ogarnąć przy okazji pierwszych kilku, a może nawet kilkunastu przesłuchań.

Następne zdanie powinno brzmieć: Debiutująca w 2000 roku grupa Enon rozwinęła pomysły i brzmienie znane już wcześniej z krążków Brainiaca. Ale nie, oznaczałoby to, że Schmersala posrało do reszty i zamiast tworzyć muzykę otrzymywałby niebieskie tabletki (i nie chodzi o Viagrę) od siostry oddziałowej na Sobieskiego 1. O ile na Believo! jeszcze przeważały fascynujące, eksperymentalne projekcje gitarzysty Brainiaca i dwóch członków Skeleton Key, o tyle tegoroczne High Society jest już płytą nadzwyczaj, jak na tych muzyków, przyswajalną i łatwą w odbiorze. Ale zaznaczam – nieskomplikowaną w porównaniu do czego byliśmy przyzwyczajeni. W szerszym kontekście High Society pewnie uznawane by było za album brzmieniowo złożony i różnorodny.

A więc mamy określony kierunek rozwoju. W tym momencie powinienem pogłaskać Johna S. po głowie, lub też złoić bez skrupułów. Tym razem będzie to pierwsze – nowa płyta Enon prezentuje się nadzwyczajnie. Chyba pierwszy raz chodzi tylko i wyłącznie o dobre popowe piosenki – wszelkie kombinowanie odłożone zostaje w kąt, ładny motyw staje się priorytetem, fajna melodia najważniejszym celem.

Ocena mówi chyba wszystko – dzięki pisarskiemu (piosenko) talentowi załogi Enona, udaje im się realizacja każdego celu. Przypomina to oglądanie meczu tenisowego, w którym jednemu z zawodników wychodzi każde zagranie. Co drugi kawałek zaopatruje w potężny zastrzyk energii, z powodzeniem zastępując dwie poranne szklanki soku pomarańczowego (który, tak na marginesie, daje niesamowitego kopa). Tak, jebaniutkich piosenek jest tu całkiem sporo. Chociażby "Count Sheep" z powalającymi przejściami zwrotka-refren, synth-stereolabowy "In This City", cornershopowy "Sold!" (so damn danceable, yeah!), post-punkowy "Pleasure And Privelige", obfitujący w ekscytujące harmonie "Natural Disasters", synth-popowy "Carbonation" i cudowny, kojący utwór tytułowy. Uff, siedem z piętnastu – całkiem nieźle. Zwłaszcza, że na High Society nie zdarza się ani jeden słabszy moment, nawet przy tych z pozoru mało wyjątkowych zawsze jakiś okrzyk cichutki podziwu wydamy.

Aha, z tą prostotą, przyswajalnością i popowością oczywiście trochę namieszałem. Gitarowa jazda wspierana jest przez pomysłowe jak cholera brzmienia elektroniczne oscylujące w granicach electro-popu początku lat 80-tych i sporą liczbę przeróżnych efektów, a nawet vocodero-podobnych akcji (i znowu Robert Gawliński przyczepi się, że to on był pierwszy, nie Cher). Oprócz tego słyszymy jeszcze saksofon, wiolonczelę, a nawet tubę. Na bogactwo dźwiękowe z pewnością nie można narzekać.

High Society jest ostatnio pierwszą płytą, która kręci się w moim odtwarzaczu tuż po wstaniu z łóżka. Jej dobroczynny wpływ na krążenie jest wprost nie do przecenienia. A oprócz tego, to jak dotychczas jedno z kilku rockowych wydawnictw tego roku, tętniące życiem i eksplodujące całym mnóstwem świeżych melodii. Ta płyta sprawia wiele, wielkiej satysfakcji.

Michał Zagroba    
9 września 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie