RECENZJE

Enduser
15 Tracks

2003, Sonic Terror 5.8

Lynn Standafer aka Enduser należy do grupy artystów-fascynatów poświęconych bez reszty szeroko pojętej elektronice i nie mających najmniejszych intencji wychodzenia kiedykolwiek z undergroundowej niszy. Zwyczajnie kolesiowi dobrze żyje się wśród takich jak on freaków, przywiązanych do idei "poszukiwania nowego" i bardziej zafrasowanych samym odkrywaniem swojego oryginalnego języka dźwiękowego wyrazu, niż porządnym dopracowaniem owoców własnych eksploracji.

15 Tracks, rozprowadzany przez Sonic Terror w formie lichego CDRa, jest kolejnym albumem zajmującym bardziej w sferze pomysłów, sprawiającym wrażenie użytecznego odpadu z być może o wiele bardziej stymulującej prywatnej wędrówki Endusera. Rozpoczyna się z kopyta – porywająco zrealizowanym remixem kawałka duetu Redman / Method Man, łudząco zapowiadającym kąsek z pogranicza jungle i progresywnego hip-hopu. Pozory rozwiane zostają utworem "Björk Is Hiding Under My Bed", niezmiennie za każdym razem wywołującym znak zapytania na mym licu. Bo zanim płyta rozpocznie się na dobre, słyszymy nieco przearanżowane "Hidden Place", pasujące do roli wprowadzenia 15 Tracks jak Múm do Squarepushera. Nie potrafię skomentować tego posunięcia.

Dopiero później ujawniają się prawdziwe zamiary twórcy. Oczkiem w głowie Endusera okazują się breakbeaty, tutaj jednak interesujące przez to, że podane w dość niesamowity sposób: kreujące fabułę kompozycji, wyznaczające dynamikę, ale zaskakująco zanurzone w fantasmagoryczne plamy dźwiękowe, kontrastujące z ciężką w odbiorze wartością przewodnią dzieła. Medytacyjny podkład "Red Meth RMX" przypomina motyw przewodni genialnego openera wydanego w tym samym momencie 6 kolektywu Supersilent. Puszyste ambientowe tematy przewijają się przez "My Favourite Black T-Shirt" i "Battlement Morts".

Im dalej w las, tym bardziej Standafer daje świadectwo swojego pojebania, man cat. Teoretycznie naczelna koncepcja płyty jest cały czas utrzymywana – beatowa narracja prowadzona na tle nierealnych mgieł zapętlonego pianina albo eterycznych podmuchów komputerowych piszczałek – ale z upływem czasu jasne staje się, że to wykręty rytmiczne sprawiają artyście największą frajdę. Podążanie w takim kierunku przypuszczalnie bawi i raduje autora, jednak niekoniecznie ułatwia odbiór. Co prawda Enduser ciacha drumy ze sprawnością Pascala krojącego sałatę, natomiast ten najważniejszy, odhumanizowany aspekt 15 Tracks na dłuższą metę męczy i utrudnia koncentracje.

Brakuje prawdziwej wirtuozerii wygibasów – to całe mielenie, tłuczenie, trzaskanie, miażdżenie nigdy nie porywa samo w sobie. Tym bardziej szkoda, że elementów urozmaicających nie uświadczymy tyle ile byśmy chcieli, bo kiedy już wreszcie nadchodzą, monotonia natychmiast wylatuje jak zatęchłe powietrze po uchyleniu okna. A nadchodzą z dwóch przeciwległych kierunków. Umieszczone w niebiańskim kontekście pustynne, bliskowschodnie wokalizy "East Side Breaks" i "Jug N' Bass" wypadają fantastycznie, sam Muslimgauze najpewniej poklepałby Endusera po plecach za tak cudowne ilustracje. Odwrotny efekt wywołują twarde raggowe projekcje z Jamajczykiem na speedzie – zgoła niepiękne, ale za to pobudzające (o ile zaserwowane w odpowiednich rozmiarach; trzeci pod rząd taki kawałek, dodatkowo obudowany na gotycką modłę, nie wypada już tak ożywczo).

15 Tracks mogło być o wiele lepszym albumem niż jest ostatecznie. Po pierwsze koleś grubo przesadza ze swoją miłością do breaków (nieodwzajemnioną, bo serio nie jest jakimś drugim Aaronem Funkiem). Po drugie, najważniejsze i ostatnie: przerażający chaos konstrukcyjny to jakiś kompletnie poroniony pomysł. Ten album cały czas zwodzi słuchacza, udając bycie czymś, czym już za chwilę nie będzie, ale w sposób niezamierzony – to krążek żyjący własnym życiem, wystawiony na chwilowe zachcianki autora trochę jak listek na wietrze. Rozpoczynający się od porcji intrygującego hip-hopu, następnie dryfujący we wciągający świat ułudy i iluzji (podróż zagadkowo przetknięta coverem Björk przypominam), by równie szybko wydostać się na powierzchnię, racząc zdezorientowanego słuchacza ciężkostrawnymi i niezrozumiale mrocznymi połamańcami. Czy nie logiczniej odwrotnie? Wtedy miałoby to jakiś sens, a w obecnym układzie końcowe tracki są nie tyle nużące co niesłuchalne, a całość doświadczenia solidnie wyczerpuje.

Michał Zagroba    
21 marca 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy