RECENZJE

Emeralds
Does It Look Like I'm Here

2010, Editions Mego 6.9

JB: Emeralds dotarli do mnie tylko dzięki wytrwałości własnej i któregoś z przełożonych. Najprawdopodobniej roku temu, z okazji wydania What Happened zostałem zagadnięty, żebym sprawdził, bo dobre i spodoba mi się na pewno. Bez zastanowienia wpisałem w wyszukiwarkę, otworzyłem pierwszy MySpace i natrafiłem na trzech, wyglądających podejrzanie prog-rockowo mieszkańców dalekiej Azji. Nie bez zdziwienia odpaliłem zamieszczone na profilu kawałki, by po chwili odłączyć głośniki i tłumaczyć się, że coś te porcysowe hajpy mnie ostatnio nie przekonują. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy po roku władza spróbowała znowu, namawiając, że Amerykańcy mocno dają radę. Opór wierchuszki i pamiętne zdjęcia z MySpace w kontekście polityki imigracyjnej Stanów, nakłoniły mnie do ponownego, tym razem bardziej wnikliwego poszukiwania. Prędko (prędko jak prędko – po roku) okazało się, że trio z Cleveland zamiast lateksowego rocka, ambitnie dłubie w dźwięku, dokonując całkiem imponującej wiwisekcji na enowskim ambiencie, chicagowskim post-rocku i po-kosmicznych podróżach Krembera.

Zaczyna się naprawdę mocno – "Candy Shoppe" opiera się na ślicznej melodii pianina, podszytej laptopowymi przestrzeniami, które wiodą opener od enowskiego Music For Airports w stronę pierwszych dokonań M83. Później też jest dobrze "The Cycle Of Abuse" czy "Summerdata" wskrzeszają Fennesza ze swej najlepszej, jak dotąd płyty. W innych miejscach można się natknąć na O'Rourke (circa I'm Happy and I'm Singing and a 1, 2, 3, 4) czy kosmonautów zza Odry (utwór tytułowy). Zwieńczenie płyty z uwypukloną gitarą (troszkę zbyt jednorodne) przypomina o bardziej dynamicznych kompozycjach Labradford. Emeralds przy tej całej żonglerce nazwami, zachowują pewien pierwiastek spójności, którym jest przestrzenność kompozycji i stosunkowa melodyjność. Jeśli się już czegoś czepiać, to najprędzej długości materiału, bo ciężko mi nie myśleć, że takie "Genetic" mogłoby jednak trwać krócej niż dwanaście minut.

Jak wieść niesie Does It Look Like I'm Here wydaje Editions Mego, co cieszy, bo żyłem, w przekonaniu, że oni teraz to skupiają się tylko na reedycjach. Cóż, kolejna miła niespodzianka, więc kończę, bo nadmiar ekscytacji nie pozwoli mi dziś spać. Tak to jest z tym ambientem.

KM: Emeralds, niczym 50 Cent, zabierają na samym początku do sklepu ze słodyczami. Taki z pozoru niewinny gest może budzić podejrzenia, bo kolesie jeszcze niedawno karmili słuchaczy ciężkimi dronami. Na szczęście, na "Candy Shoppe" nie oferują swoich lizaków, tylko delikatne, syntezatorowe faktury o wręcz popowym kolorycie, ale już niedługo coś dziwnego dzieje się z tymi cukierkami. A przecież mama ostrzegała. Ćwierkające arpeggia zaczynają wirować, przelatują w te i z powrotem jakieś niepokojące odgłosy. Wszystko się unosi, a przestrzeń wykrzywia i rozmazuje. Euforyczne pobudzenie ustępuje sedacji, myśli koncentrują się na odległych quasi-melodiach gitary z tła. Później znowu stymulacja. Robi się gorączkowo, bo kolorowe iskierki znikają, zaczyna złowieszczo szumieć. Mięśnie drżą, szczęka się zaciska. Czy to jeszcze wygląda, jakbym był tutaj? Podskórnie wyczuwa się coś przepięknego, ale nie można dokładnie sprecyzować, o co chodzi. Napięcie narasta, a później nagle zupełnie ulatuje, chociaż wciąż jest bardzo przyjemnie. W końcu nad wszystkim czuwają sprawdzeni przewodnicy – Klaus Schulze, Manuel Göttsching, Cluster, Edgar Froese czy Brian Eno. Lubię te ich cukierki.

KFB: Intrygujący zwrot stał się udziałem Emeralds – do tej pory utożsamiałem ich z bliżej nieokreślonym noise'owym pierdzeniem natomiast po "lekturze" ich najnowszego albumu mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że to niezwykle kumate typy o szerokich horyzontach muzycznych. Göttsching, Popol Vuh czy Tangerine Dream siłą rzeczy cisną się na usta, a obieraniu takich kierunków w dzisiejszych czasach po prostu trzeba kibicować. Sami członkowie Emeralds przebąkują też o wielkim wpływie Endless Summer na swoją twórczość i to też słychać całkiem wyraźnie. Nie są to oczywiście zarzuty a muzyka amerykańskiej formacji ma w sobie przy tym sporo oryginalności, która jak przypuszczam wynika właśnie z ich noise'owych korzeni. Zacznijmy od końca, czyli od ulotnie ambientowej perełki w postaci "Access Granted", bo to chyba kawałek, który najpełniej pokazuje jak w ostatnim czasie zmieniła się muzyka grupy – nigdy wcześniej nie zbliżyli się nawet do tak delikatnego brzmienia. Najważniejszym punktem albumu jest epickie, trwające ponad 12 minut "Genetic" w którym słychać wszystkie te klasyczne inspiracje, które już zdążyłem wymienić. Całość trwa ponad godzinę, ale nie jest to bynajmniej porcja jednostajnej muzyki – ciężko się Does It Look Like I’m Here znudzić a każdy kolejny seans z tym albumem dostarcza ciekawych wrażeń wrażeń i zwraca uwagę na przeoczone wcześniej motywy/motywiki. Mocna sprawa.

FK: Koledzy rozpisali się jak rzadko kiedy, a Ty – po tych trzech elaboratach – masz jeszcze za mało argumentów, żeby słuchać? Znajdź życie albo znajdź płytę.

Krzysztof Michalak     Jan Błaszczak     Kacper Bartosiak     Filip Kekusz    
3 czerwca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja