RECENZJE

eM
Kilka Wyjść

2004, Polskie Radio 1.9

Anomalny, osobliwy budynek Metropolitan zerka z ukosa na stary, zmęczony politycznymi naleciałościami hotel "Victoria". Plac Piłsudskiego doskonale kreuje symboliczną zależność między oboma konstrukcjami: otwarta, szeroka połać przestrzeni bruku reprezentuje dystans kulturowy epoki PRL-u i bieżącego kapitalizmu; usytuowany z boku Grób Nieznanego Żołnierza pilnuje historycznej powagi. Zaprojektowany przez słynnego brytyjskiego architekta (i inspiratora imion psów) Normana Fostera, przypominający od frontu zbliżenie dwóch złączonych rybich skrzeli tudzież przekrój gąsienic gigantycznego czołgu, obsypany masakrycznie prestiżowymi nagrodami w skali międzynarodowej, ekskluzywny biurowiec emanuje światowością i "Zachodem". Wewnątrz, drogie sklepy i siedziby świetnie prosperujących korporacji mieszczą elegancko ubranych biznesmenów. Duety kulturalnych, uśmiechniętych strażników obstawiają wejścia A, B i C na dziwacznie wyodrębnionym dziedzińcu. Lecz, jakkolwiek ewokując systemowe przeobrażenia oraz dotknięcie szczerze "amerykańskiego" poziomu, wyabstrahowanie z otoczenia i zimna, bezduszna aura Metropolitan zmuszają do refleksji nad zagubieniem jednostki bądź zanikiem uczuć w finansowo zorientowanych realiach.

Przyjrzyjmy się tekstom trójmiejskiego zespołu eM. "Na białych chmurach / W białych garniturach / Na białych marmurach / W białych garniturach". "Dzisiaj nie mam nic już do powiedzenia / Kiedy nie mam jej (nic do powiedzenia) / Wtedy nie ma mnie (nic do powiedzenia) / Wtedy nie ma mnie". "Nie odchodź / Jeszcze czas / Pod nami miasto gwiazd / Nie odchodź / Jeszcze czas / Pod nami miasto gwiazd". "Lato / Czerwone słońce / Piasek we włosach i morze / Lato / Czerwone słońce / Piasek we włosach i morze". "Jesień / To płaszcze, to wrzesień / Spacery po żółtym lesie / Jesień / To płaszcze, to wrzesień / Spacery po żółtym lesie". "Tu wszystko się kończy i zaczyna / Gdańsk, Sopot, Gdynia / Tu wszystko się kończy i zaczyna / Gdańsk, Sopot, Gdynia". "Jak bardzo potrzebuję cię / Czy to wiesz? / Jak bardzo potrzebuję cię / Czy to wiesz?". W miarę mijania płyty, zagadnienia przenoszone są od miłosnych zapewnień w stronę świeckiej eschatologii. Choć zestawiony obok "Wake me up when we get to heaven / Let me sleep if we go to hell" autor linijek "Nic tam nie zabiorę / Bo nic tam nie może się przydać / Czy myślisz czy myślisz czy myślisz / Że stamtąd coś widać?" wypada dość blado: Tim he ain't.

Z wszystkich tych katastrofalnych liryków, "W Mojej Głowie" wydaje się na pierwszy rzut oka najgorszy, skoro refren powtarza obsesyjnie: "W mojej głowie / W twojej głowie / W mojej głowie / W twojej głowie / W mojej głowie". Ale uważniejsza, dociekliwsza analiza odsłania ukryty interpretacyjny teren. Wstrząsające rozważania "Czy wiesz że to tylko nowy sen? / A wydawało mi się już / Że nie odwrócę ciągów słów / Zdarzeń przypisanych barw / Dźwięków / Więc to wszystko świat! / Może jest to jakby gra / I tworzymy to coś / W nas / Na ekranach dusz jak treść / Ciągle przesuwamy się" to husserlowskie, solipsystyczne wątpienie, że, być może, każdy z nas rozgrywa wewnątrz siebie własną rzeczywistość, a prawda obiektywna nie istnieje. W tym kontekście wyśmiany tysiąckrotnie chorus nabiera świeżych znaczeń. Jakichkolwiek znaczeń. Kompozycyjnie, "W Mojej Głowie" to najbardziej udany fragment płyty. Gitary wymieniają "pytanie-odpowiedź" w kanałach, sporadycznie serwując skonkretyzowany, zaczepny hook. Względnie solidna nitka wokalu przykuwa atencję. Intensywny performans maskuje brak pomysłu na rozwinięcie tematu.

Wciąż, "W Mojej Głowie" daleko do rewelacji. A z pozostałymi numerami jest tylko gorzej. Piosenkowo, Kilka Wyjść to studium powielania repetycyjnych wzorów rodem z Pablo Honey w ciotowskiej oprawie. Closer "Za Mało Mi Nocy" stylizowano na epickość "Blow Out". Debiutancki singiel, "Tramwaje Jak Komety", to standardowy casus wydrążonej z treści muzycznej piosenki na 0. Bezpłodne, mdłe "rockowe" smęty w typie sikającego "Zapachu Kobiety" aspirują do miana popłuczyn po odrzutach z sesji pobocznego projektu technicznego Myslovitz. Jeśli te kawałki celują w sprawną kopię Z Rozmyślań Przy Śniadaniu, to marny zamiar legnie w gruzach. Ludzie miast eM potrzebują nareszcie docenić ładnawe harmonie głosowe w "Zwykłym Dniu". Kawałek tytułowy wprost oferuje progresje ze "Sprzedawców Marzeń". Równoległe, aczkolwiek mniej wyraźne odniesienie to Negatyw. eM dzielą z ekipą Mietalla metodę denerwującej, przerysowanej, pretensjonalnej bezpretensjonalności, ale przy Mariuszu Daleckim, serio, Waluś dysponuje charyzmą. Przestrzenie wygenerowane z mglistego reverbu i smyków w "Z Oddali" są ciekawe przez siedem, dziesięć sekund. Potem zostają bezużyteczne.

Sensacyjnie, "Koniec I Początek" odsyła hen do Kenta z Isoli (precyzyjnie konstrukcja przypomina "Biancę"), co wyznacza strefę graniczną ich inspiracji: właśnie tyle płyt kolesie dotąd poznali. Bo aż bije w oczy, jak mało muzyki ci goście słyszeli w swoim życiu. Cure, kilka wyspiarskich gitarowych kapel, może R.E.M. Naprawdę, zaryzykowałbym, że nie znają Pet Sounds, przykładowo. Tak sobie strzelam. Postać basisty ratuje im parę punktów, za paniczne dążenie do urozmaicenia tkanki aranżacyjnej: jego partie wspomagają ubogie unisona wioseł, proponując często zagrywki około-kwintowe, umiarkowane odchyłki skalowe, cokolwiek. Osamotniony bassman prezentuje cień europejskiego gryzienia materii instrumentacji, próbując rozsadzić od środka ściany stojącego dźwięku. Inteligentne wejście na obiecujący riff w "Kiedy Nie Ma Jej" sensownie rozwija motyw, ale wtedy niefortunnie znienacka następuje szturm tekstów Daleckiego, a o tym już było wyżej.

Teoretycznie, materiał (albo automatycznie, wystarczy nazwa) decyduje o ułomności zjawiska eM, natomiast sedno sprawy to problem oblicza artystycznego. Zdjęcie chłopaków przedstawia czwórkę skromnych młodzianów przestraszonych salonów stolicy: dwóch brit-popowców, nowofalowca i nu-metalowca. Ich "osobowości", "indywidualności", są równie zajmujące, co tego rozdawcy ulotek mijanego przez was codziennie rano. By ująć kwestię zwięźle: ten sam krążek mógłby zrobić dowolnie zebrany na ulicy kwartet przechodniów, między zakupami a sprzątaniem domu. Szybko, dokonajcie castingu w centrum Wawy i zobaczycie. Zakład. I za rzeczony stan nie są wcale odpowiedzialni członkowie eM. To nie ich wina, że urodzili się bez iskry bożej, bez błysku. Kilka Wyjść to wpierw, i przed wszystkim, porażka tych, którzy na eM stawiali. Od radiowej premiery "Tramwajów Jak Komety" jasne przecież było, że łatwo znaleźć dziesiątki wartościowszych polskich bandów do promocji. Lecz formacja odniesie stosunkowy sukces, gdyż, oczywiście, proste rockowe piosenki będą podobać się zawsze. Mike, loool.

Borys Dejnarowicz    
5 lipca 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie