RECENZJE

Eliot Lipp
Tacoma Mockingbird

2006, Hefty 6.0

Druga płyta Eliota Lippa przynosi kilkadziesiąt minut doznań estetycznych, które w sferze życiowej, kojarzą się z wczesnym dzieciństwem przypadającym na czas przemian ustrojowych. Tak to czuję, lubię zdehumanizowaną, toporną muzykę. Na Tacoma Mockingbird dominują wysokie, kanciaste tony, takie jak w podkładach śmiesznych starych filmów o fizyce, które oglądaliście w podstawówce przy końcu roku. Rozrzewniająca naiwność wczesnego Kraftwerk, a pojmując rzecz bardziej multimedialnie, to Sigma, Pi, windowsowski wygaszacz "Latając w przestrzeni", wczesne gry s-f na Pegasusa, automaty na monety, na których nigdy nie grałem (ale widziałem emulatora), swojskie wesołe miasteczka... Atmosfera gęstnieje, ja trzęsę się z tęsknoty za latami zmarnowanymi, niniejszym kończę i stawiam dwa breaki.

A jeśli chodzi o punkty odniesienia, które nadadzą strumieniowi świadomości pewien sznyt czytelnik-friendly, to skojarzeń jest masa, a wszystkie kulą w płot. Niby Lipp porusza się w tych samych rejonach, co Booka Shade, ale ma tendencję do utrudniania odbioru. Być może to efekt świadomości wyjątkowości (wszak to Tacoma – Jerry Cantrell też stamtąd pochodził), racjonalnego wyboru, a może po prostu nieudolnie naśladuje, tak jak ja nieudolnie naśladuję znawców. Dalej – lepsze fragmenty OK Cowboy, kiedy mowa o produkcji. Jeszcze Less Than Human, bo prymitywizmem daje tylko przy pierwszym, nieuważnym zetknięciu. Dodałbym do tego jeszcze Prefuse, ale Prefuse tak ogólnie wszędzie dodaję, więc automatycznie pozbawiam asocjację sensu. Trzeba się namęczyć, by zatańczyć, wychodzi więc, że to czysty IDM. Razi mnie, że akapity, które w notatniku wydają się potężne, na stronie prezentują się jako śmiesznie chude. Nie wspomniałem jeszcze, ale nie trudno się domyślić, że z wokali Eliot zrezygnował.

Ale nie jest tak, że Tacoma stanowi tło do Predatora, sklecone ze śmiesznych dźwięków. Trochę ułagodzić, wyrównać i narodziłby się całkiem przyjemny album nastrojowy. Trudność w odbiorze okazuje się pozorna – rytm jest wprawdzie nieadekwatny, co chwila coś burczy niemiłosiernie (zarzut mam o nachalną plastikowość sekcji rytmicznej, od której boli mnie lewe ucho), ale jest mnóstwo bardziej skomplikowanej muzyki, którą kocha się od razu, zlewając czasem, w zależności od nastroju. A do tego im częściej tych szkiców słucham, tym stają się bardziej wielowymiarowe, bo wbrew pierwszemu wrażeniu płytkości, okazuje się, że całkiem sporo różnych ciekawostek kryje się w tle głównie (i to odróżnia Eliota od filmów o fizyce, czyli chyba jednak się nimi nie inspirował). Jeśli jeszcze nie wyraziłem tego jasno, to entuzjazmuję się znacznie, oraz dla mnie bomba. Konkretny szacunek.

Filip Kekusz    
18 października 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie