RECENZJE

Electric Six
Fire

2003, XL 4.1

T.J.: Sex bomb, sex bomb, you're my sex bomb, sex bomb...

Laska T.J.'a: Hej, Tom ty tłusty grubasie, zamknij się wreszcie, dobrze? Wiesz przecież, że nie cierpię jak u mnie śpiewasz. Zabierz się lepiej za coś pożytecznego. [Moment zastanowienia, zakończony czułym przytulaniem] Żartuję oczywiście [pocałunek], idź i pooglądaj sobie telewizję mój misiu, a ja zrobię coś do jedzenia.

T.J.: Spoko malutka, nie denerwuj się, ja po prostu nie mogę żyć bez śpiewania.

Telewizor: Danger, danger! High voltage. When we touch, when we kiss. [Głos męski]

Laska T.J.'a: Tom, grzecznie prosiłam prawda?

Telewizor: Danger, danger! High voltage. When we touch, when we kiss. [Głos żeński]

Laska T.J.'a: [Myśli: żeński głos, nie rozumiem, aaaaa, to pewnie telewizor!!!] Mój misiu, co to jest. [Wchodzi do pokoju] Fu, jaki obleśny teledysk, kto to śpiewa?

T.J.: Już ci mówię cukiereczku, tylko poczekaj aż się skończy to nam powiedzą kto to był, to już ci mówię... e, Electric Six, tak, hahaha. Wygląda na to, że wokalista trochę się na mnie wzoruje, co o tym sądzisz?

Laska T.J.'a: [Myślę sobie, że to żałosne, ale ci tego nie powiem żebyś się nie obraził...] Ooo, mój misiu, jakie to słodkie [pocałunek]. Jesteś taki sławny.


Dick Valentine – the Smart Ass. Koleś z jednej strony jest burakiem, a z drugiej umie się ustawić. Skurczybyk wyczuł moment chwilowego rozkwitu dance-punku i przy odrobinie talentu, którego mimo wszystko nie można mu odmówić, na takiej obserwacji potrafił zrobić niezły interes. Wypromował się (wraz z pięcioma kolegami), posprzedawał płyty. Ale jak on to zrobił? Zwyczajnie, wpierw nagrał naprawdę udanego singielka – "Danger! High Voltage". To on utorował zespołowi drogę na parkiety. Dance'owy charakter projektu w kontekście nadchodzących wakacji, moda na "takie" granie – nie bez podstaw wróżono im konkretny sukces, także artystyczny. No i tak to się zaczęło. Ale wy pewnie chcecie wiedzieć, czy warto zainteresować się Fire. Mówię wam od razu: nie warto. Ale posłuchajcie dlaczego.

To, co powiedziałem niedawno o podpinaniu się pod popularny aktualnie nurt, może być trochę mylące. Przypuśćmy, że ktoś nie widzi siebie na tym świecie bez XTC, Talking Heads i innych nowofalowych wymiataczy. Entuzjastycznie odnosi się do wszystkiego, co choć trochę nawiązuje do legendy tamtych zespołów. W poprzednim roku złapał zajawkę na Radio 4, pasjami zasłuchiwał się w Liars, a ostatnio nie może otrząsnąć się z geniuszu !!!. Najpierw słowa uznania dla gustu wirtualnego bohatera tej opowiastki, a teraz ostrzeżenie. Mechanizm "skoro Electric Six to 'related genre', to też mi się spodoba" tutaj nie zadziała. Przyczyna prosta: kolesie są sto lat świetlnych za wspomnianymi zespołami. A może i więcej.

Kompozycje znajdujące się na Fire znudzą was już przy pierwszym przesłuchaniu, a wysilona świeżość na pewno nie porwie. Głos Dicka (hehe, co za imię) to mieszanka Toma Jonesa z powiedzmy Chrisem Cornellem. Z takich jawnych wad albumu, należy jeszcze zaznaczyć, że nie ma na nim nic, absolutnie nic oryginalnego. Ewentualnie wspomniany singiel, ale też bez przesady, w końcu ile można. Electric Six nie nagrywają z potrzeby serca, czy z chęci podzielenia się emocjami. Chodzi o portfel, ewentualnie o sławę. No i trzeba powiedzieć, że mimo wszystkich swoich słabostek nie są bez szans na mainstream'owym rynku.

Jednak nie jest też tak, że słuchając tego krążka musicie się od razu porzygać. Jest tu kilka fajnych kawałków, w sam raz na wiejską imprezkę, na jakiej pewnie nieraz będziecie mieli przyjemność integrować się ze znajomkami w czasie tych wakacji. Nie no serio, wspomnianego "Danger! High Voltage", "Improper Dancing", czy "I'm The Bomb" da się słuchać z uśmiechem na ustach. Co prawda momentami szyderczym, no ale generalnie bywało gorzej. Szczerze, myślę, że na wielu bibkach możecie nie usłyszeć niczego lepszego.

"She's White" ze wstępem w stylu The Libertines też jest w sumie całkiem klawe. Z tym, że wciąż kompozycja mieści się w okolicach 5.0. Gdzie indziej można też odnaleźć znamiona zacnych artystów, jak choćby David Bowie, czy Primal Scream (nie porównuję ani Libertines, ani Primalów do Bowiego; tak tylko mówię, że Electric Six między innymi z nich zrzynają). A skoro klimaty przeciętne są zarazem szczytowymi fragmentami płyty, to o czym my rozmawiamy. Olejcie ten krążek, bo nie zasługuje na nic więcej.

Jacek Kinowski    
18 lipca 2003
BIEŻĄCE
Bedoes & Kubi ProducentKwiat Polskiej Młodzieży
Różni WykonawcyAir Texture Vol. VI