RECENZJE

Eldo
27

2007, My Music 6.6

Eldo okrzepł, przestał "walczyć z wiatrakami" i nade wszystko nabrał dystansu do swojego rapu, a uogólniając, do samego siebie. W ofierze złożył garść piór z napuszonego ego oraz ograniczył nie zawsze uprawnione zapędy moralizatorskie. Nie zawęził, tradycyjnie pokaźnych, gabarytów swoich opowieści. Zresztą, z wrodzonym gadulstwem, byłaby to nie lada sztuka, a może nawet zdrada. To wciąż bardziej proza, strumień świadomości, niż wiersz. Z tematyką także po staremu. Brak tu abstrakcyjnych wojaży K44, czy imprezowych majstersztyków Dywizjonu Despekt. Dalej bandycki Mokotów, Śródmieście Południe nieznane z terenów bezpiecznych, Służew wyścigi, wygi z pierwszej ligi, rewir Ursynowski, blokowisk klasy – innymi słowy ukochana Warszawa. Czyli jakby nic się nie zmieniało. A jednak, w tych swojskich realiach, w miejsce lichych rozkminek o losie młodych ludzi mamy wypieszczone wersy, kryjące naprawdę niebłahe obserwacje, a nadto przemyślenia. Ta płyta mieści furę inteligentnych spostrzeżeń, takich, za które kochamy Afro, Łonę, czy najczęściej cytowanego przez raperów z kontraktami, króla podziemia, Smarki Smarka. Jest masa chwytających za serce (I DO MEAN IT!) wspomnień, szczególnie jeśli urodziliście się w stolicy i zahaczyliście dzieciństwem o czasy "kiedy komunizm uciekał z Polski" ("Dzieciństwo" wymiata strasznie). W kapitalnym otwarciu krążka słyszymy: "Jak byłem mały to chciałem śpiewać / Wygrywałem konkursy piosenek na koloniach" i dopóki tego nie usłyszycie, nie jesteście sobie nawet w stanie wyobrazić ile w tym emocji i szczerej tęsknoty. "Czas zbyt często nas dotyka", a "tygodnie bezpowrotnie odchodzą w dal". Bez kitu: klimat Muzyki Poważnej, z najbardziej ściskających za serce momentów.

Wciąż wprost, "zbyt dosadnie może", niż z przymrużeniem oka, Eldo nauczył się przesiewać rapowe ziarno od rapowych plew, a ja jestem wniebowzięty, ale nie w szoku. W szoku byłbym gdyby takiej selekcji nauczył się Sokół (wiem, wiem, jestem już nudny z tą awersją), po dziś dzień nie wykazujący widomych oznak "wyczucia", potrafiący zajebiście trafnie przynarratorzyć, żeby krok dalej zajebać taki bzdurny banał bez finezji, żebyśmy zawstydzili się za cała naszą rasę. Z wieszczem L-do-K inna bajka: on potencjał wykazywał od dawna (moi faworyci w dorobku – EP+ Grammatiku, Eternia solo). Brakowało odcięcia się od ciążącej na zipach sztampy, zapanowania na potokiem myśli, połączenia rymów z godnym bitem. Udało się, i to nie tracąc nic z własnego stylu.

Produkcją zajęła się bardzo liczna grupa, a całość zazębia się jak ta lala. Szacunek dla Eldo, za to, że potrafił swoja osobowością zdominować materiał, ale tez mastering szarej eminencji – Noona – zrobił swoje. Najbardziej aktywny, utalentowany po zbóju (ciekawe co z tym zrobi) Flamaster, autor wspomnianego openera "Co Słychać?", czy równie niebłahego "Krew, Pot, Sperma i Łzy" elastycznym gamoniem jest, wszak w konwencji przebojowej wysmażył też wspaniałe "Noc Rap Samochód", "27" (nie wspominając przywołanego już kilera "Dzieciństwo"). Urodzony i mieszkający w Szczecinie Webber napisał rasowy kawałek o Warszawie ("Ferajny"), a tajemniczy Czarny (nie dość, że tajemniczy, to jeszcze czarny) – fantastyczny, być może najlepszy w zestawie, "Spacer". Znany między innymi z kultowej EP Najebawszy Kixnare podsunął zapętlony podkład pod surowsze, stanowiące dla rapera większe wyzwanie (bo nie ma bujającej melodyjki przyciągającej uwagę, a tylko rap miejski zią!) numery – check "Zamieść Prawdę Pod Dywan". Daniel Drumz pozamiatał "I'm In Love", trackiem z gatunku – "dlaczego nikt nie wpadł na to wcześniej?" – genialnym w swej prostocie (w sensie wykorzystanych sampli), gdzie dodatkowo narrator zaskakuje brutalnym zwrotem akcji i atakuje odważną puentą. A Danny Drumz gra funk.

Jacek Kinowski    
5 września 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy