RECENZJE

El Perro Del Mar
El Perro Del Mar

2006, Control Group 6.1

Coś mi ostatnio reckowanie płyt dziewcząt przypadło w udziale, niedawno Joanna, teraz Sarah Assbring, której blade lico spogląda na słuchaczy z okładki pierwszego albumu El Perro Del Mar. Sarah dzieli label między innymi z Pipettes i choć klimatycznie muzyka tria z Brighton leży na zupełnie przeciwległym biegunie (tańce, hulanki, swawole tam kontra skupienie i smutek tu), to bohaterka tego tekstu i panienki w groszki mają podobny pomysł na siebie. Stylizacja i spojrzenie w przeszłość to słowa niezbędne do skumania propozycji Angielek i Szwedki. Ktoś, kto kupuje eleganckie odwołania do popu lat 60-tych powinien być ukontentowany słuchając tak We Are The Pipettes (główne inspiracje: dziewczęce zespoły w typie Ronettes, Phil Spector), jak i El Perro Del Mar (tutaj głównie songwriting Bacharacha się kłania). Sarah jak jej ziomek Jens Lekman, z którym nagrała jakiś czas temu splita dla Secretly Canadian, mogłaby zaśpiewać: "I know every song, you name it / By Bacharach or David / Every stupid lovesong that's ever touched your heart / Every power ballad that's ever climbed the charts". Assbring brzmi bowiem jakby przesłuchała rzeczone piosenki wiele razy zanim sama postanowiła zająć się komponowaniem. To słychać choćby w utworze "God Knows (You Gotta Give To Get)", zdecydowanie odstającym in plus od reszty tracków. Wokalistka udowadnia w nim, że odrobiła lekcję z klasyki i że jest w stanie zaśpiewać kawałek na miarę hitów z dawnych czasów nie narażając się przy okazji na zarzut wtórności.

Uwielbiam ten numer i w cieszeniu się nim nie przeszkadza mi nawet fakt, iż życiowe prawdy przekazywane w jego tekście znamy na ziemi piastowskiej od zarania dziejów, czyli od premierowego wykonania piosenki "Tolerancja". Staszku zapodawaj!
- "Na miły Bóg, życie nie po to tylko jest, by brać". Co Ty na to Sarah, hm?
- "God knows I've been taking a lot without giving back".
- Spoko, co było minęło, ale na przyszłość pamiętaj, że "aby żyć siebie samego trzeba dać".
- Wiem, wiem, "you gotta give to get back to the love".

Przeklęty wyraz "love" początkowo zdawał się nie pasować do śmiałej tezy, jakoby inspiracją dla Szwedki był też Soyka, ale nie jest to wcale wykluczone, jeśli tylko założymy, iż dla tej wrażliwej dziewczyny nie ma życia bez miłości. A chyba coś w tym jest, w końcu "this loneliness ain't pretty no more", jak śpiewa w ósemce.

Dobra, koniec głupot, ja tu nawijam o jakimś Staszku, a wy przecież chcecie jedynie wiedzieć, czy ten album jest wart Waszego cennego czasu. Będzie więc puenta zaraz, bez obaw. Otóż chociaż słuchając tej płyty nie sposób momentami pozbyć się uczucia, iż już to wszystko gdzieś słyszeliśmy, to nie przeszkadza ono w tym, że tymi smutnymi popowymi piosenkami można się zauroczyć. One świata nie zmienią, wiadomo, ale korzystając ze starych, sprawdzonych patentów (wszechobecne "lalalalala", chórki, gwizdanie, klaskanie) mogą go na 33 minuty uczynić trochę przyjemniejszym miejscem.

Tomasz Waśko    
25 grudnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie