RECENZJE

El-P
Fantastic Damage

2002, Def Jux 7.7

To nie powinna być zwykła recenzja, bo też jej przedmiot nie jest czymś zwyczajnym. To nie jest kolejna hip-hopowa płyta, o której można mieć pojęcie, zanim się ją włoży do odtwarzacza. Choć El-P przyznaje się do chęci nawiązania do brzmieniowego wykopu wczesnych płyt Public Enemy, to jego debiutancki materiał oferuje dużo dużo więcej, zahaczając może nawet o czad rodem z Rage Against The Machine. Tak, tak, również i przesterowanych gitar tutaj nie brakuje, choć oczywiście nie soluje żaden Morello. Lejdis and Jentelmajn let me introduce you Rage El-P Against The Sampler.

Nie mogło być inaczej. To musiał być jądrowy zapierdol. W końcu to pierwsza autorska płyta El-P, którego nawet przed wydaniem Fantastic Damage uważano za najlepszego producenta undergroundowego hip-hopu, który najlepsze miał jeszcze przed sobą. Ten debiut nie ogranicza się tylko do potwierdzenia tych nadziei. Ten debiut przebija dotychczasowe prace El-P, ocierając się o przekroczenie masy krytycznej. Bardziej drapieżny i agresywny niż uznawany wciąż za jeden z najlepszych rapowych albumów Funcrusher Plus baj Company Flow (pierwotny oraz bardziej wyzywający i nieznośny, niż ubiegłoroczny rewelacyjny Cold Vein baj Cannibal Ox, dla których El Producto posmażył kilka kabelków na samplerze).

Ale czy lepszy? To już pojęcie względne. Otwartych muzycznie zachęcam – tej płyty nie można przegapić, tak jak nie może wam umknąć Blackalicious, bo jest po prostu ważna. Spodobać się nie musi, ale łasym muzycznie nie muszę tłumaczyć mocy krążków z tak zwaną "wagą gatunkową".

Ta waga w wyjątkowych warunkach czasoprzestrzennych staje się wadą, czego na pewno nie mógłbym powiedzieć o płycie Cannibal Ox. Może zabrzmi to dziwnie, ale to, co odróżnia mojego ubiegłorocznego faworyta z Def Jux od nowego dzieła Elpego (język polski rox), to melodyjność. Może wynikała z tego, że materiał Kanibali był względnie spokojniejszy, nie epatował takim zaangażowaniem, z jakim mamy do czynienia słuchając wybitnego Nowojorczyka. Ten rapuje tak, jak by chciał za jednym zamachem przewrócić świat, dokonać rewolty i zdmuchnąć wszystkich pozerów, a jego podkłady jeszcze potęgują to wrażenie. Zawyżony wciąż, niemal krzyczący ton jego wypowiedzi nie pozostawia wątpliwości, że w eter lecą wyjątkowo ważne kwestie, ale rodzi to też pewne obiekcje co do związanego z tym ciśnienia. Oj a tutaj jest na pewno kilka atmosferek, a jak wiadomo "na ciśnieniu jak w więzieniu". Płyta jest męcząca nie tylko dla obsłuchanych muzycznych nerdów. No ale jednocześnie jest świetna. I błyskotliwa.

"My name is El-P, I produce and I rap too!". I robi to absolutnie. Żadnych taryf ulgowych, pełna pyta, fantastycznie rozjebana. Ta płyta to coś więcej, niż wizytówka tego niepokornego typa (ach panie Stachursky, jak by się panu przydało wyprostowanie pojęcia "niepokorny typ"). Pokazuje też ile energii, jak wielką wizję i jak masywny przekaz posiada ten człowiek. Nie wiem, czy rap osiągał kiedyś taki poziom intensywności, wiem natomiast, że po zmierzchu oficyny ze znakiem jakości jaką był Rawkus (choć Talib Kweli wydał znów niespodziewanie dobry album), Nowy Jork ma nowego wodza, który potrafi przełożyć ferment i doświadczenie przenikliwych ludzi ulicy na język współczesnego artystycznego manifestu.

Jako recenzent i człowiek poważnie traktujący dokonujące się pismactwo, powinienem przyznać tej płycie około 8.5 ze względu na walory gatunkowe. Ale zaraz odzywa się we mnie natura słuchacza, którego tak naprawdę niewiele obchodzą "gatunkowe szachy", zależy mi tylko na satysfakcjonującej muzyce. I wtedy jestem skłonny powiedzieć: zostałem zmiażdżony i napastowany. Też się trochę popastujcie.

Krzysztof Zakrocki    
24 grudnia 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie