RECENZJE

El-P
Cancer For Cure

2012, Fat Possum 7.2

Cześć, jestem Filip, mam pięć dioptrii w lewym oku a Cancer For Cure to płyta, która bez żadnych wątpliwości znajdzie się w pierwszej trójce najlepszych płyt hip-hopowych tego roku. I nie ma tu żadnych wątpliwości. Bo co by się musiało stać, by została zrzucona? Ol'Dirty Bastard wstanie z grobu? Q-Tip skróci ego i dłużej posiedzi w studiu z kolegami? Eminem zrezygnuje z MTV? Rick Rubin wymyśli nowy azjatycki sub-genre? No właśnie.

El-Producto jak mało kto "w branży" przez lata konsekwentnie budował swoją markę, którą opisuje sławetny wers z "Tuned Mass Damper" – ''My name is El-P, I produce and I rap too''. Dekadę później pozostaje aktualny, a wszelkie leaki i newsy zwiastujące Cancer For Cure były traktowane przez portalektórelubimy z ogromną atencją. Oczekiwania, rozbudzone przez zeszłoroczne "Drones Over BRKLN" i,  bezpośrednio powiązane z premierą "The Full Retard" były ogromne. A potem okazało się, że to tylko słabsze fragmenty albumu. Jaime Meline nigdy przedtem nie był w tak dobrej formie i nigdy dotąd nie miał większych szans na zniszczenie systemu. 

Pięć lat temu El uciekał w historie o miłości klawisza i więźniarki w jakiejś odległej przyszłości, tworzył prywatne warianty religii, snuł wizje abstrakcyjnego pola bitwy, rozstawał się z gówniarą i jeździł samochodem z dzieciakami. Aha, i deklarował miłość do Nowego Jorku. I spoko, takie życie rapera. Wszystko to było wstrząsające, ale wciąż bardzo abstrakcyjne. Podobnie jak otwierający płytę sampel z pełnometrażowego Twin Peaks. Na C4C słyszymy w pierwszej minucie Williama S. Burroughsa. Stopień pojebaństwa zbliżony, ale dół reprezentowany przez pisarza jest o wiele silniej osadzony w rzeczywistości. I to jest dobry wyznacznik. Nawet jeśli w powietrze wzbijają się drony, to latają nad Brooklynem. Ludzie ranią się w najbliższym sąsiedztwie. Są przesłuchania na policji, za ścianą mąż leje żonę, dzieciaki strzelają na zagranicznych misjach, Ty jesteś seksualnym niewolnikiem swojej konkubiny, diler spóźnia się z dragami, a Camu Tao wciąż nie żyje. Kto się będzie bawić w metafory, kiedy najbliższe otoczenie i administracja Stanów Zjednoczonych dostarczają mnóstwo powodów do mentalnego wpierdolu? A narracja doprawdy wstrząsająca. El-P bezpośredni jak nigdy, w całej okazałości prezentuje nam wszystkie swoje fobie i rozpaczliwie walczy o odzyskanie równowagi po... właściwie to nie wiem po czym, ale może jest wrażliwym człowiekiem. Nie ma sensu się bawić w konkretne wersy, bo siła kryje się w całym storytellingu, więc zajrzyjcie sobie tutaj. Sprawa ponoć inspirowana prawdziwą sytuacją.

Zupełnie inaczej z warstwą muzyczną – w porównaniu do jego solowego, opartego na jednostajnym brzęczeniu, debiutu już ISWYD było niesamowicie przystępne. C4C to prawdziwy popowy album, którego otwieracz zajeżdża Prodigy (tym z robakami) w najlepszym okresie – "Request Denied" nie tyle jest popisem umiejętności producenckich, co po prostu miotłą na autostradę, dyskotekę, czy gdzieśtam. A potem też dzieją się znakomitości. Na każdy utwór składają się setki detali, do których ogarnięcia potrzeba kilku podejść. Ram gatunkowych tutaj nie ma, zostały gdzieś w 2005 roku. Jest absolutna wolna amerykanka, ze standardową jednak stylówą: w co drugim utworze przewijają się eksplozje, gitarowe rzężenia, szeroki dół i wariacje na temat "Whooo!". I naprawdę nie trzeba cenić smętnego białego rapu, żeby zakochać się w niektórych motywach.

Gości można pobieżnie odnotować, ale to do odgadnięcia, bo El trzyma z nimi sztamę przez ostatnie sezony – Despot, Killer Mike, Danny Brown, Mr. Muthafuckin' Exquire (dwaj ostatni w szczytowej formie w jednym kawałku – "Oh, Hail No" to w ogóle osobny rozdział sztuki wyższej dla mnie), kto tam refreny robi to sprawdźcie sobie sami, bo wiele ci goście nie wprowadzają jednak. El-P założył sobie własną ligę, ale przy okazji  przesuwa underground bardzo blisko powierzchni.

Filip Kekusz    
15 czerwca 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja