RECENZJE

El Guincho
HiperAsia

2016, Everlasting 7.5

Pablo, Pablo, Pablo − coś ty znowu nawywijał? Już nikt nie odważy się wspomnieć choćby słowem o Pandzie, a i kataloński festyn natychmiastowo obezwładniający nasyconą feerią barw znany z Alegranza! czy Pop Negro został zduszony w zarodku. Tym samym Hiszpan wyraźnie dystansuje się od przeszłości (ale nie odcina zupełnie) i zmierza w zupełnie nowym, bardzo frapującym kierunku. Warto zastanowić się, jaki to kierunek, zwłaszcza że w "polskim necie" znajdziemy, zdaje się, tylko jedną bieda-reckę poświęconą HiperAsia, która aż prosi się o wypunktowanie w znanej i lubianej rubryce Paradne. Ale jeśli poświęciłbym czas na taką zabawę, to nie zdążyłbym z własnym tekstem próbującym w jakiś sposób uchwycić istotę czwartego longplaya pochodzącego z Madrytu, a zamieszkującego Barcelonę muzyka. A więc może obierzmy taki punkt wyjścia: El Guincho ooodjeebaaał, odpierdooooliił taaakii syyyYYf, MAAAÑAAANĘ, kuuurwaa, że teraz kaaażdyyy, kaaażdy wieE, kaaażdyy wieeEE, ktooo too.

The Life Of Pablo Díaz-Reixa. Koleś zrzucił skórę i wynalazł się na nowo, wyszedł z siebie i stanął obok. Ci, którzy spodziewali się kolejnego OK Computer będą zawiedzeni, ponieważ Guincho serwuje im właśnie swoje Kid A. Pomysł na koncept i konstrukcję przyszedł wraz z obserwacją chińskich bazarów zalewających stolicę Hiszpanii. Całkiem dobrze czuję się z faktem, że HiperAsia odzwierciedla wszystkie te zabawne niedoróbki czy konfekcyjne badziewia, ale i specyficzny klimat takich miejsc. Zresztą okładka, a nawet sposób, w jaki album został wydany, a więc wraz z PULOWEREM i przede wszystkim gumową bransoletką, do których dorzucono cały zestaw różnych bonusów (filmiki w 3D, wersje instrumentalne tracków i takie takie), dopełniają tę przemyślaną wizję. No dobrze, ale właściwie jakie są te nowe numery i na czym polega ich oryginalność?

Kręgosłupem i osią albumu ponad wszelką wątpliwość jest rytm. Rytm połamany, pokręcony, chwilami kalejdoskopowy, nieuchwytny jak Chupacabra, a chwilami jednostajnie przyspieszony, pourywany czy pocięty. Drugim newralgicznym czynnikiem są pływające po powierzchni, poszatkowane, przekwaszone i fragmentaryczne klawisze składające się na melodyjki, a cały kompozytowy miszmasz uzupełniają najróżniej zestrojone, niestroniące od modulujących podkładów wokale, a nawet nawijki. Wychodzi z tego pojebany kolaż przyspieszonych, last-exitowych struktur gotowany al dente w prefuse'owo-popowym wywarze okraszonym szczyptą trapu. Albo chirurgiczna wycinanka mikro-samplo-tkanek pod chillwave'ująco-max-tundrowym mikroskopem. Albo sztucznie wyhodowany na genetycznej bazie Bok Boka w opuszczonym laboratorium Travisa Stewarta organizm-eksperyment. A może coś w rodzaju post-causersowego meta-balejażu z aphex-twinowo-iberyskimi obostrzeniami? Trochę trudno powiedzieć.

Pierwsze odsłuchy nie zapowiadają tak dobrego gówna: początkowo wydaje się, że szkice, które Díaz-Reixa kreśli jak Kossak, są mniej wygodne niż Opel Corsa. Po dłuższym czasie i wnikliwszych sesjach wszystko powoli zaczyna banglać. Na wierzch wychodząc skryte w miksie mikro-detale i nagle zaczynamy dostrzegać, że każdy z indeksów trzeba rozpatrywać osobno. I tak kubistyczny "Rotu Seco" otwiera wykoncypowany przez Guincho market i wyznacza tor dalszego zwiedzania dźwiękowych półek z towarem. Tuż obok znajdziemy "Cómix" mogący na luzie antycypować wyimaginowaną, hiszpańską wersję Turbo Grafx 16, zwłaszcza na wysokości zwrotki Mali Rodriguez. Następnie natkniemy się na "Pizzę" z błogim, vaporwave'owym sznytem i autotune'owym widmem wokalu Pablo. "Sega" to rzeźba z obecnością dźwiękowego chiaroscuro (zwłaszcza w wieńczącym movemencie, gdzie Hiszpan został sam ze swoim funkiem), ale i kolejna amorficzna bryła naznaczona rysem wielkiego krajana El Guincho, a zarazem innego Pabla, posługującego się niegdyś głównie pędzlem. A pod udającą footwork powłoką "De Bugas" skrył się vibe Pop Negro, choć to zupełnie inny mikrokosmos, o czym świadczy koda mrugająca odbitym światłem od "How I Know" Toro.

Na tym wycieczka się nie kończy. "Parte Virtual" ujmuje sample jak Chaz, tym razem na Causers, a na 1:51 pojawia się kolejną pokurwiona melodyjka wymykająca się analizie. Rozpadający się co chwilę jak budowla z klocków Lego "Stena Drillmax" stanowi najbardziej transparentną wariację (razem z interludium "Abdi") na temat Your Charizmatic Self. Ale referencje do Night Slugs nie są dziełem przypadku, czego zresztą sam Díaz-Reixa nie ukrywa. Pięć minut później włącza się podzielony na dwa odcinki "Muchos Boys": w pierwszym delikatnie poszatkowana, aphexowa mieszanka płynie po umieszczonym na drugim planie, richterowskim ambiencie; w drugim zaś wybrakowany, zapętlony bit zostaje otoczony rdzewiejącym, palindromicznym pasem synthów. Z kolei numer tytułowy mógłby spokojnie zameldować się na Painting With (samplowane intro, charakterystyczne pady, Animalowe okrzyki) i pełniłby tam pierwszorzędną rolę. Sama końcówka przecież jaki rozpierdol − ten krótki drill'n'bassowy remont brzmi jak Arca produkujący Permutation Amon Tobina.

I tak do samego końca długograja. Niemal post-humanistyczny "Pelo Rapado" rozdaje wokalne hooki na lewo i prawo, wysyła w kosmos własną sondę na 1:28 i atakuje znienacka melodyjnymi wzorkami (0:56), o których nie tak łatwo zapomnieć. Wrzucony na SoundCloud jeszcze w 2015 roku "Mis Hits" to najbardziej singlowy strzał z całego HiperAsia, a "Zona Wi-Fi" kończy całość nie do końca normalnym synth-noise-jazzem. Zresztą cały ten album do końca normalny nie jest i dość ciężko go sobie przyswoić, ale naprawdę warto. Bo jeśli już załapie się, co Pablo Díaz-Reixa chce przekazać dźwiękiem, to satysfakcja obcowania z modernistycznym HiperAsia jest gwarantowana.

Tomasz Skowyra    
30 marca 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja