RECENZJE

El Guincho
Alegranza

2007, Discoteca Océano 6.6

Jakieś 3 lata temu zafiksowałem sobie temat Hiszpanii. Raczej na bazie teorii. Że cóż za kraj, że intrygujący naród, że temperament na równi z dystansem do życia. Że klimat, radość, luz. Że sukces gospodarczy, a nawet nowoczesny socjalizm. Że Barca i Penelopa Cruz. W zasadzie na mojej fascynacji cieniem kładły się jedynie dwa fakty:

a) że mnie skroili z portfela na dworcu w Maladze,
b) że muzycznie Hiszpanie niekoniecznie błyszczeli, choć wydawało się że potencjał mają (czyli identycznie jak w futbolu).

No bo na przykład nawet teraz traktując temat zawężająco czyli biorąc pod uwagę jedynie Półwysep Iberyjski (Meksyk, Kuba, Wenezuela i Calexico odpadają), to na myśl przychodzą mi jedynie dwie płaszczyzny badawcze:

a) flamenco-podobne produkty eksportowo–socratesowe w rodzaju Chambao czy Ojos de Brujo,
b) Juanes, Heroes del Silencio i (jednak) Las Ketchup – się rozumiemy, prawda?

(Z góry przepraszam za brak akademickiego ujęcia tematu i przedstawienia genealogii, ale chodzi właśnie o pierwsze skojarzenia. Niemniej wpisy na forum treści: "a przecież jest taki zespół, znam go w Polsce ja i Marek z Częstochowy" jak zwykle mile widziane).

Honor próbował ratować niejaki Scott Herren wspomagany przez Evę Puyuelo odkrywając płynące w krwi po przodkach pulsacje hiszpańskiego folklorysty. Miłe, nie powiem, choć i tutaj, jak to u Herrena, ilość zbyt często determinuje statystyczną jakość.

Aż wreszcie zjawił się on. Barcelończyk z krwi i kości (dla spójności wywodu: Barcelona to też Hiszpania, mam nadzieję, że nie dostanę tam kiedyś w zęby w jakimś zaułku), barwny niczym postaci Almodovara (och, jaka klisza), technicznie wyrafinowany niczym Fabregas, skuteczny niczym Raul (hmm... ok, niech zostanie), kontynuator dzieła Pandy z sąsiedniej Lizbony - Pablo Díaz-Reixa. Uśmiechnij się, jesteś w Hiszpanii...

Tak przynajmniej myślałem baunsując zachwycony w trójmiejskich lutowych skm-kach. Aktualnie nie ma już we mnie tylu emocji bo:

a) miesiąc podchodzenia do napisania recki sprawił, że trochę się przesłuchałem,
b) kwiecień za chwilę, a tu dalej śnieg i zimno, to nie klimat dla takich dźwięków.

Niemniej jarać się wciąż można. Od łatki kontynuatora idei Pandy na miejscu naszego hipisa daleko bym uciekał, choć bez szwanku się nie wywinie, to pewne. Szamańskie zaśpiewy, gęste, hipnotyczne, zapętlane w nieskończoność sample, chorusy – już wszyscy w necie zdążyli ich porównać.

Odfajkujmy skojarzenia i nadmieńmy jeszcze o wpływach psycho-tropicalii, gęstych słonecznie motorycznych fakturach spod znaku Caribou. Wszechobecne, quasi-organiczne dźwiękowe drobiny przypominają też odlegle Kierana Hebdena na speedzie.

Gęstość dźwięków na pierwszy raz jest ciężka do przejścia niczym środziemnomorski żar dla mieszkańca okolic Bałtyku, ale szybko wprowadza w klimat rozkrzyczanej wąskiej uliczki pełnej owocowych straganiarzy i tapasowych barów, co w połączeniu z radosną, karnawałową motoryką, skrzącymi intensywnie wysokimi tonacjami i umiejętnie trzymanymi na wodzy orientalizmami nasuwa stereotypowy, acz przez nikogo nie zdefiniowany klimat "hiszpańskiej imprezy". Może troche zbyt głęboko poutykane w tej pstrokatej muzycznej ściółce są harmonie, nie tak łatwo trafić na prawdziwki popowego absolutu, od których brzuch boli przy odsłuchu chociażby Animali. Tę deficytową dziurę zapełniają w pewnym sensie nieco spokojniejsze tribalowo-trip-hopowe "Buenos Matrimonios Ahi Fuera” i "Polca Mazurca".

Jest smacznie i treściwie. Drugą płytą Katalończyk odsłoni się zapewne dużo bardziej znacząco dla dalszych prognoz. Prognoza krótkoterminowa brzmi tak, że w okolicach lipca wszyscy w rytm Alegranzy grillujemy, a kto wie, może i niejeden hispano-audiofil spod znaku Manu Chao zazna miłej odmiany w zagranicznej podróży. I tylko pamiętajcie:

a) portfel najlepiej trzymać na smyczy,
b) cały czas opłaca się wyrobić paszport.

Wojciech Terpiłowski    
28 marca 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie