RECENZJE

Efdemin
Chicago

2010, Dial 6.5

Klimat Wietrznego Miasta ewidentnie sprzyja poszukiwaniom muzycznym. W latach dziewięćdziesiątych kojarzono je z prężną sceną post-rockową, a wcześniej było bardzo ważnym ośrodkiem bluesowym i soulowym. Jakieś dwadzieścia pięć lat temu za sprawą imprezowych eksperymentatorów królował tam natomiast house, w różnych odmianach popularny do dziś.

Chicago to jednak również kolebka architektonicznego modernizmu, nowoczesnych drapaczy chmur i rewolucyjnych rozwiązań projektancko-urbanistycznych, które w ubiegłym wieku trwale zmieniły wygląd miast na całym świecie. Właśnie tam zaczęto budować ogromne, wielopiętrowe domy towarowe o stalowej konstrukcji, płaskich dachach i wielkich oknach. Chociaż nawiązywano wtedy do neoklasycystycznych wzorców, to znacznie uproszczono bryłę, stawiając na przejrzystość i funkcjonalność. Nie znaczy to, że zupełnie zrezygnowano ze zdobnictwa – elewacje często pokrywała bogata, lecz nienarzucająca się ornamentyka.

Po II wojnie światowej chicagowscy architekci poszli jeszcze dalej w konstruowaniu urbanistycznej utopii. Ludwig Mies van der Rohe, uważany za jednego z czołowych przedstawicieli, a zarazem ideologów modernizmu, po emigracji z hitlerowskich Niemiec osiadł tam na stałe. Wręcz obsesyjna dbałość o strukturalne dopracowanie projektów pozwoliła mu stworzyć gigantyczne drapacze chmur i wszechogarniające systemy urbanistyczne. Choć jego projektom można zarzucać monotonię, bo kosztem zdobień koncentrował się na proporcjonalności, prostocie i perfekcjonizmie, sam lubił powtarzać, że "Bóg tkwi w szczegółach" i w najwyższym stopniu dopracowywał detale. Mimo, że przedkładał pragmatyzm nad epatowanie wyszukaną formą, zaprojektowanym przez niego budynkom nie można odmówić doskonałej harmonii, rytmiki, w końcu – paradoksalnie – specyficznej podniosłości.

Muzyka Efdemina jest już dosyć odległa od prekursorskiego, chicagowskiego house'u. Już na pierwszym albumie dał się jednak poznać jako muzyk o "modernistycznej" wrażliwości. Tym, co mogło urzekać na Efdemin, nie były melodyczność czy vibe, tylko własnie chłodna, wręcz inżynierska precyzja i idąca za tym przejrzystość. Nowy album wydaje się jeszcze bardziej dopracowany strukturalnie. Wycyzelowany, jakby odmierzony linijką bit już rzadko kiedy choćby udaje taneczność – jego rolą jest raczej spajać detale z drugiego planu. To tam rozgrywa się cała quasi-narracja albumu – w mikrotonowych eksperymentach, rytmicznych strukturach i wypreparowanych samplach o jazzowej (i nie tylko) proweniencji.

Odważnym i, jak sądzę, udanym krokiem jest wzbogacenie elektronicznego brzmienia o klasyczne instrumenty. Na Chicago pojawia się ich całkiem sporo – organy, wiolonczela, cytra, piszczałka, flet. Często tak pocięte, że wręcz trudne do wychwycenia, zaledwie sygnalizujące frazowanie, a jednak pociągające swoją subtelnością. Jest też ludzki głos – sampel w "There Will Be Singing" zdaje się "śpiewać", ale to wokal odrealniony, niby echo niesione przez wiatr pomiędzy elewacjami wieżowców. Najbardziej przykuwającym uwagę elementem żywego instrumentarium jest jednak perkusja, budująca swoje pełnoprawne struktury rytmiczne na tle monotonnego bitu i elektronicznych pogłosów. Tak zaprojektowana muzyka w pełni odpowiada przewrotnemu zawołaniu Miesa "mniej znaczy więcej".

Drugą naczelną maksymą modernistów było słynne "form follows function". Należałoby się zatem zapytać, jaką funkcję berliński producent określił dla swojego almumu, jakie jest jego przeznaczenie? Z pewnością to nie wydawnictwo ściśle klubowe. Oczywiście, "There Will Be Singing" czy "Round Here" mogłyby pojawić się pod koniec jakiegoś minimalowego setu, a inne kawałki o lekko dubowym posmaku pulsować w chill-out roomie. Tej muzyce brakuje jednak mocnego groove'u, zdolnego poderwać parkiet do tańca, a traktowanie jej wyłącznie jako tła zagłuszyłoby wszelkie detale.Chicago zostało raczej stworzone jako muzyka na wskroś intelektualna, wymagająca skupienia i dobrych słuchawek. W przeciwieństwie do typowego głębokiego house'u, nie generuje jednak żadnego nastroju, nie wywołuje określonych stanów emocjonalnych. Zamiast tego przywołuje dość abstrakcyjne, choć bliskie skojarzenia i uczucia. Jakby oglądać album ze zdjęciami z miasta, w którym nigdy się nie było.

Krzysztof Michalak    
28 czerwca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy