RECENZJE

Eels
Shootenanny!

2003, Dreamworks 3.9

Po obejrzeniu meczu piłkarskiego w telewizji zawsze najgłośniej komentujemy wyczyny albo najlepszych piłkarzy (kiedy oglądamy na Canal Plus ligę angielską czy też hiszpańską), albo tych najsłabszych (gdy na dwójce nasza reprezentacja ochoczo usiłuje nie wbić sobie gola). Zawodnicy, którzy niczym się nie wyróżnili, nie zawijając podkręconej bomby w okienko, ale i z drugiej strony nie dając założyć sobie "siaty" (czyli inaczej mówiąc "kanału") na własnym polu karnym w decydującym momencie spotkania, zazwyczaj schodzą z boiska niezauważeni. Następnego dnia w szkołach i zakładach pracy ich nazwiskom nie towarzyszą ani złowieszcze obelgi, ani superlatywy, najczęściej w ogóle nie są wymieniane. Trochę to smutne, tak pracować na siebie od dzieciństwa, jedynie po to by zostać potem zwykłym rzemieślnikiem swojego fachu, o którym słuch szybko zaginie. Taki los spotyka nie tylko sportowców, narażony może być przedstawiciel każdej branży. Muzyk również.

Nasz serwis nie jest aż tak alternatywny, byśmy wstępy recenzji kazali wam dopasowywać samodzielnie do poszczególnych płyt, ot tak dla jaj. Jak więc zdążyliście się domyślić, mówiąc o niespełnionych ambicjach jednostek wytykam palcem wskazującym Marka Oliviera Everetta. Koleś znany pod pseudonimem "E" siedzi w muzyce odkąd skończył sześć lat, czyli od roku wydania Abbey Road. Swoje pierwsze dwa albumy wydał solo na początku zeszłej dekady, ale największym osiągnięciem jego wczesnej kariery było jednak co innego: wspólna trasa koncertowa z Tori Amos, która spłodziła wówczas jedną z kilku klasycznych płyt lat 90-tych, Little Earthquakes. Mimo niewątpliwej nobilitacji, nagrane z roczną przerwą albumy E sprzedały się fatalnie, co zmusiło wytwórnię Polydor do zerwania z nim kontraktu. Ambitny songwriter mimo przeciwności postanowił się nie poddawać.

I dlatego wkrótce zaczął nagrywać płyty pod sygnaturą Eels, wraz z basistą Tommym Wellerem i perkusistą Butchem Nortonem, którzy nie mieli i nie mają do dziś większego wpływu na poziom muzyki zespołu; tu decyduje kto inny. W dyskografii kapeli nie ma wielkich płyt, wzlatują one najwyżej na pułap tych dobrych, nie zachwycających, ale trzymających fason. Jak my to na Porcys mówimy, sprawy szóstkowe, dla wielbicieli tradycyjnych amerykańskich nurtów ewentualnie szóstkowo-siódemkowe. Na przykład debiutu formacji z 1996 roku słucha się przyjemnie. Beautiful Freak to album bardzo dobry, oscylujący gdzieś wokół bluesowych klimatów Becka. Żadna dwudziestka czy też trzydziestka roku, ale w wolnej chwili można odświeżyć sobie kilka fragmentów tego krążka, jak zaznajomiony dobrze z MTV "Novocaine For The Soul", gdzie E, śpiewając prosty tekst i budując pesymistyczny nastrój, podejmuje niewygodne pytanie o zasadność swojego życia.

Debiut Eels budził pewne nadzieje, wyczuwało się w nim potencjał, którego rozwój byłby w stanie przysporzyć w przyszłości czegoś szczerze przejmującego. Charakterystycznie dołujące teksty Beautiful Freak, jak i sama muzyka, wymagały jednak zmian, kroku do przodu. I tu dochodzimy do sedna dzisiejszej słabości E i spółki: zespół w każdym elementarnym aspekcie właściwie stoi w miejscu od 1996 roku, czyli od długich siedmiu lat. Zmieniają się (a ściślej mówiąc dochodzą) kolejne źródła wpływów, z których E nie tworzy jednak niczego nowego. Tolerowanie takiego stanu musiało skończyć się źle. Po dwóch średnich albumach w 2001 roku ukazał się naprawdę już nudny Souljacker i niestety nie jest on ostatnią propozycją Eels.

Shootenanny! to jak się okazało kontynuacja niepokojących tendencji. Nieustannie powtarzane teksty E w stylu "When I was born / The doctor said / There's something wrong / Inside that baby head" wzbudzały najwyżej wzruszenie ramionami już dwa lata wcześniej. Obecnie poważnie wkurzają, no bo ile razy można wysłuchiwać opowiadań o typie zeschizowanego samotnika, źle odbieranego nawet przez własnych przyjaciół (których ma zresztą mało albo i wcale)? Błędem było również poruszanie jakże oklepanego tematu miłości; niektóre linijki na ten temat bezsprzecznie Everetta kompromitują. Trudno, jeśli w ogóle jest to możliwe, byłoby wyróżnić choćby jedną piosenkę, o wersach wartych uwagi.

Opisałem najpierw warstwę liryczną krążka, gdyż tylko ona mogła go jeszcze w jakiś sposób uratować. Muzyka Eels jest bowiem od jakiegoś czasu coraz słabsza, bardziej przewidywalna i mniej oryginalna. Popowemu bluesowi (który urozmaicony bywa schowanymi smykami) brakuje silnych stron zarówno popu, jak i bluesa. Widoczna posucha weny zmusiła E do zupełnie niepotrzebnego przypominania nam o istnieniu czy to Velvet Underground, czy Becka, czy nawet Toma Waitsa. O fakcie przywoływania poprzednich płyt zespołu (a właściwie przenoszenia z nich i tak już na wejściu niezbyt świeżych patentów) nie muszę wspominać, to się rozumie samo przez się.

Dobrego na Shootenanny! nie jest wiele, wszystkiego tak naprawdę dwa utwory. Tekst dziewiątego w zestawie "Lone Wolf" wprawdzie powiela znany z poprzednich krążków Eels model bohatera-odrzutka, ale mimo to udało się E wreszcie napisać riff charyzmatyczny, z zacięciem. To pierwsza piosenka albumu, na którą po przesłuchaniu można ciągle mieć ochotę. Druga trafia się w odstępie dwóch kawałków i nosi tytuł "Numbered Days". Tu ciepły wokal E dobrze współtworzy z nostalgicznym tłem gitar smutny, październikowo-listopadowy nastrój. Wrażliwcom może się podobać, zwłaszcza pośród szarzyzny reszty materiału.

Żal mi trochę E. Kiedy po początkowych niepowodzeniach odniósł wreszcie sukces, okazało się, że nie jest go w stanie dobrze spożytkować. Po sumiennym przepracowaniu pewnego okresu w drugiej lidze niezależnego grania, zespół Eels nie tylko nie dokonał potrzebnego przełomu i nie awansował wyżej, ale po chwili udał się w kierunku przeciwnym: w dół. Przyczyną nie jest sprzedanie się mainstreamowi, czy też próba oszukania słuchacza, ale prozaiczny brak pomysłów, który razi od którejkolwiek by strony na Shootenanny! nie spojrzeć. Najlepiej nie patrzeć więc wcale.

Jędrzej Michalak    
11 września 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie