RECENZJE

Edyta Bartosiewicz
Wodospady

1998, PolyGram 3.4

Przerwa od Dziecka upłynęła Edycie na szukaniu nowych inspiracji. Odkryła nowe brzmienia, wymieniała w wywiadach długą listę wykonawców, którzy ponoć poszerzyli jej horyzonty. A efektem tego poszerzenia miały być właśnie Wodospady – może nie w dosłownym sensie, ale zawsze – inspiracja to inspiracja. Z tym, że głupio mi trochę, ponieważ wśród owych wykonawców było kilku moich ulubionych (nie mówię akurat o Madonnie, choć i ona się w tym spisie znalazła). Tymczasem nie tylko nie doszukałem się ich wpływu na płycie, ale w ogóle mnie ona rozczarowała.

Ktoś powie: no co, dziewczyna cały czas gra w swoim stylu. Właśnie: cały czas. Tutaj zaczyna bardzo niebezpiecznie trącić to najzwyklejszym na świecie powtarzaniem się. I wcale nie o wokalnej manierze Edyty mówię. Ja nawet lubię tę manierę, nie ona mnie denerwuje. Denerwuje mnie natomiast to, że płyta jest nowa, a mimo to większość patentów już dawno zostało użytych. I to przez naszą artystkę. A w dodatku z lepszymi melodiami. Weźmy taki, pierwszy z brzegu, kawałek "(Między Nami) Deszcz". Albo następny, "Warto Wybaczać". Gdybym nie słyszał Szok 'N' Show, ani Dziecka, wybaczyłbym. Ale skoro słyszałem, automatycznie nasuwa mi się myśl: czy my tego skądś nie znamy? Ano, znamy. Z poprzednich dokonań Bartosiewicz.

Nie mówię, że takie reminiscencje wypełniają całe Wodospady. Na szczęście jest kilka nowych elementów. Bo już na przykład w utworze "Cały Ten Czas" przyjemnie prezentują się kameralne smaczki aranżacyjne - płytę produkował człowiek z Zachodu – Rafe McKenna i, wbrew pozorom, to słychać. W ogóle facet sporo pomógł Wodospadom – nie wiem dokładnie, które dźwięki są jego zasługą, ale gdyby nie subtelności produkcyjne, to byłoby już naprawdę fatalnie. Niby nic specjalnego, ale tu trochę dyskretnej elektroniki ("One Day You Will Find Me Gone" – jedyny angielski numer), tam jakieś klawisze i w sumie ciekawiej się robi.

Ciekawiej, bo generalnie to ten album nas nie rozpieszcza. Jak już pojawi się kawałek miłej, jazzującej melodii, to artystka nie potrafi jej rozprowadzić, no i cały numer schrzaniony, że się tak wyrażę ("Mandarynka"). Albo całkiem ludzki temacik otwierający "Dlaczego Nie Mówisz Nic?", rodem niczym ze Snu, zaprzepaszczony jakąś melodeklamacją w stylu "Portfelu Ojca" Homo Twist. Co jest, przecież Edyta to nie Maleńczuk! Sporo kawałków zwykłych, nijakich, zupełnie bez wyrazu ("Ciekawe...", singlowa "Miłość Jak Ogień", "Buntowniczka"). Nie wspomnę już o kompozycyjnym banale, jaki emanuje, zwłaszcza w zwrotce, z "Sam Na Sam". No nie wiem, pomysłów brakowało, czy co. Gdyby nie ta impresyjna manterka "Siedem Mórz, Siedem Lądów", to chyba w ogóle bym nie pamiętał o piątym długogrającym Edyty! A jednak.

Ogólnie jest mimo to raczej cieniutko. Po prostu, słabe i wtórne kompozycje. Niespecjalne teksty – jakby nie mogła się nam wokalistka zdecydować, w co jej ciepło: trochę buntu, trochę ponadczasowej mądrości, trochę pourywanych zapisków z rzeczywistości. Niby kobieta zmienną jest, ale niespójne to wszystko. Obniżka formy. Miejmy nadzieję, że nie potrwa długo.

Borys Dejnarowicz    
25 lipca 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie